04 marca 2020

Polak w służbie III Rzeszy cz. 4 - Powrót na Wschód

Podczas II wojny światowej w Wehrmachcie służyło około 380 000 żołnierzy pochodzenia polskiego. Jednym z nich był Joachim Ceraficki, który jako "Niemiec trzeciej kategorii" został wcielony do Wehrmachtu w 1942 r. W Heer spędził prawie 3 lata walcząc na Froncie Wschodnim głównie jako łącznościowiec. Starał się on przede wszystkim przeżyć i być dobrym żołnierzem, mimo że przyszło mu walczyć nie za swoją ojczyznę. Celem było zminimalizowanie ryzyka śmierci, bo na froncie jego patriotyzm nie miał żadnego znaczenia - tam najważniejsze okazało się koleżeństwo i współpraca. Wbrew pozorom, choć trudno w to uwierzyć, Polakom w Wehrmachcie również przysługiwały dni wolne czy urlopy, a często byli traktowani tak samo jak Niemcy - zgodnie z regulaminem armii. Po pobycie w szpitalu i rekonwalescencji Joachim Ceraficki wraca na Front Wschodni, który przez te kilka miesięcy nieobecności bardzo się zmienił.

Koniec stycznia 1944 r. Po ponad dziesięciu miesiącach przerwy spowodowanej odniesionymi ranami Joachim Ceraficki musi wracać na front. Pod koniec stycznia 1944 r. dowiaduje się, że czeka na niego przydział do nowej jednostki, do której udał się wraz z nieznanym mu podoficerem Heer. Podróż do Chełma minęła spokojnie. Na miejscu żołnierzy zakwaterowano w koszarach, gdzie przez kolejne kilka dni mieli spać na siennikach ułożonych na podłodze. Okazało się, że będzie problem z myciem, bo dostępna była jedynie zimna woda, co w styczniu nie należało do przyjemności, szczególnie biorąc pod uwagę fatalną pogodę. Ceraficki dowiedział się, iż w obrębie miasta znajduje się obóz jeniecki, gdzie przetrzymywani się żołnierze brytyjscy, włoscy, belgijscy francuscy i oczywiście sowieccy (chodzi o Stalag 319, który działał od lipca 1941 r. do kwietnia 1944 r.). 
Po kilku dniach przebywający w koszarach żołnierze Heer dostali rozkaz przemieszczenia się do Lublina. Joachim Ceraficki został przydzielony do grupy radiotelegrafistów, których dodatkowo szkolono w zakresie umiejętności zachowania się w warunkach bojowych. W czasie jednej ze zmian Ceraficki wraz z kolegą omal nie stracili życia, kiedy ten drugi wyciągnął zza pasa Stielhandgranate 24 i odkręcił zawleczkę oraz pociągnął za białą, porcelanową kuleczkę. Zgodnie z instrukcją - co by się nie działo - trzeba było teraz odrzucić granat ku celowi. Ten jednak - informując, że "nie syczy", próbował kulkę wepchnąć z powrotem do środka. Na szczęście Joachim zachował zimną krew i wyrwał mu granat, odrzucając go w kierunku niedaleko rosnących drzew. Ten nawet nie zdążył tam dolecieć, bo wybuchł w powietrzu. Okazało się, że część żołnierzy nie wiedziała, iż po pociągnięciu za porcelanową kuleczkę granat nie będzie syczał.

Żołnierze z Funker-Kompanie na Froncie Wschodnim - po kilku miesiącach pobytu w szpitalu i rekonwalescencji Joachim Ceraficki musiał wracać do walki
Źródło: http://la6nca.net/bilder/tornfub1/
Pierwsza połowa lutego 1944 r. Niewielkie sowieckie siły są już niedaleko od Lublina. Łącznościowa drużyna Cerafickiego zaczęła pobierać sprzęt i środki bojowe do prowadzenia działań. Gdy Polak szedł do magazynu, zaczepił go Obergefreiter i powiedział: "Ty nie musisz iść". Kiedy Joachim odparł, że chce iść walczyć z kolegami, usłyszał: "Skoro tak, będzie tak jak sobie życzysz". Ceraficki nie chciał iść po prostu z nieznanymi żołnierzami, ale nie wiedział wtedy, jaki błąd popełnił. Dopiero po kilku miesiącach okazało się, że na polecenie OKW żołnierze polskiego pochodzenia kierowani byli do jednostek okupacyjnych w Danii, Norwegii i Francji, albo do jednostek pomocniczych na tyłach frontu (niestety takiego rozkazu nie podają żadne źródła, więc jest to kwestia do zbadania). 
Po pobraniu sprzętu łącznościowego i kombinezonu zimowego, Joachim wraz z kolegami zostali przetransportowani do stacji kolejowej Biskupice. Dowódcą pododdziału radiotelegrafistów został Unteroffizier Grünbein. Poza Cerafickim, żaden z żołnierzy nie miał doświadczenia na pierwszej linii, co nie zapowiadało się ciekawie, a poza tym Polak był z nich najstarszy, mimo iż miał dopiero 22 lata. Kiedy żołnierze dojechali do Chełma, Joachim dostał rozkaz wyjazdu wraz z trzema oficerami do Lublina, gdzie miał pełnić rolę tłumacza. Jak wspomina: "W wojsku niemieckim było wielu żołnierzy z polsko brzmiącymi nazwiskami, którzy nie mówili po polsku."
W związku z tym, że nastała noc, delegacja zatrzymała się w miejscowości Uściług. Oficerowie i kierowca zakwaterowali się u Ukraińców, a Ceraficki u Polaków. Noce były bardzo mroźne, toteż samochód czekał w stajni, gdzie temperatura nie spadała poniżej zera. Po zapewnieniu przez Joachima, że okolica jest spokojna, nie postawiono warty. Polacy ugościli rodaka ciepłą kolacją oraz śniadaniem. "Zauważyłem, że pomiędzy Ukraińcami a Polakami panuje nienawiść" - zauważył Ceraficki, który nabawił się trzydniowego kaszlu po umyciu się na kilkunastostopniowym mrozie. 
W miejscowości Persepa niemieccy oficerowie oświadczyli, że Polak może wracać do swojej jednostki, która zajmuje pozycje pod Łuckiem. Wiązało się to z ponad 80-kilometrowym marszem, co nie przeszkadzało Cerafickiemu, który nie zamierzał się śpieszyć. Po kilku kilometrach dostrzegł niemieckie kuchnie polowe, w których można było się zaopatrzyć w chleb, mięso i kawę. Po najedzeniu się do syta oraz uzupełnieniu prowiantu, Joachim ruszył dalej. Jako że nastawała noc, trzeba było poszukać noclegu. Ten miała pełnić niewielka szkoła, gdzie większy pokój zajmowali jacyś oficerowie, a w mniejszym urządzono stanowisko z radiostacją. Ceraficki zabrał się do jej uruchomienia. Po chwili odezwał się głos dyżurnej radiotelegrafistki z Kraśnika. Joachim pozdrowił ją po polsku i poinformował, że kontaktuje się z Drużkopola, odległego od Kraśnika o około 200 km w linii prostej. Stojących nad nim niemieckich oficerów zdziwionych obecnością radiotelegrafisty, który mówił po polsku, zapytał, czy chcą rozmawiać z kimś w Niemczech. Major podał numer telefonu do Berlina po czym dostał informację, że może rozmawiać, ile chce. 
Rano Polak wyruszył dalej z nadzieją, że uda mu się pokonać chociaż 30 km, aby następnego dnia przed wieczorem dotrzeć pod Łuck. O dziwo, mimo zaskakującej pogody, sowieckie samoloty nie latały. Po kilkunastu godzinach wędrówki udało się dotrzeć na miejsce. Na tym odcinku frontu panował względny spokój. Pododdział łącznościowy był słabo uzbrojony i nie dysponował moździerzami ani artylerią. Na szczęście u Sowietów sytuacja wyglądała podobnie. 
W ciągu dnia pobór wody ze studni uniemożliwiał ukryty gdzieś sowiecki snajper. Za namową kolegów, jako najbardziej doświadczony w boju, Joachim dał się namówić na zlikwidowanie problemu. Wykorzystując lornetkę namierzył cel, który leżał na drewnianej pryczy przy otwartym oknie na drugim piętrze jednego z niedaleko stojących budynków.  Niemcy wraz z Polakiem obserwowali go ze swojej chaty przez pewien czas. Przy pomocy mapy obliczono odległość i Joachim zabrał się do dzieła. Wprawdzie jego Kar98k przeszedł przegląd u rusznikarza, ale nie zakładał, że trafi. Na szczęście przed oknem stała bezlistna jabłoń, która stanowiła jakąś ochronę. Chcąc przynajmniej zmusić sowieckiego snajpera do zmiany pozycji, Ceraficki oddał jeden strzał. Wróg się jednak nie ruszył. Aby nie marnować bez sensu amunicji, Polak powiedział, że spróbuje jeszcze raz rano, gdy jeden z Niemców będzie usiłował wziąć wodę ze studni. Wczesnym rankiem grupa obserwacyjno-strzelecka ponownie zajęła stanowisko na poddaszu chaty. Kiedy było już w miarę jasno, Ceraficki zobaczył snajpera, który przygotowywał się do oddania strzału. Polak wyprzedził go i strzelił dwukrotnie. Kolega obok, obserwując wszystko przez lornetkę, krzyknął, że prawdopodobnie Rosjanin został trafiony, bo zniknął ze swojego stanowiska. Następnego dnia już go nie było. "Może zmienił stanowisko" - zastanawiał się Joachim.

Kolejnym przystankiem na szlaku frontowym Joachima Cerafickiego był Łuck, który przed wojną należał do Polski 
Źródło: https://kuriergalicyjski.com/images/2011/1939_1947/2014/luck_marc_A.jpg
Koniec lutego 1944 r. Dywizja Joachima rozpoczyna wycofywanie się znad rzeki Styr. O zmierzchu sztab przemieścił się kilkanaście kilometrów na zachód, wzdłuż podnóża Wyżyny Wołyńskiej. Prawy brzeg rzeki był już zajęty przez Sowietów. Obok zajmowanej chaty Ceraficki zabrał się do rozpalenia ogniska, żeby choć trochę się ogrzać, w czym pomagał także szampan.
Następnego dnia Niemcy przesunęli się o kilka kilometrów. Pododdział łączności zajął niewielki domek z ogródkiem, w którym stało kilka uli. Zaraz po śniadaniu zaczął się potężny ostrzał artyleryjski. Ceraficki z kolegami wybiegli przed chatę i zobaczyli niemiecki czołg, który na pełnym gazie jechał z odwróconą lufą i strzelał za siebie. Podniósł się alarm i Niemcy zaczęli uciekać zboczami Wyżyny Wołyńskiej na zachód. W pewnym momencie Joachim dostrzegł leżącego, wpół rozebranego żołnierza, który leżał na ziemi:
- "Co się stało?" - zapytał.
- "Uciekałem przed ostrzałem, ale obok mnie wybuchł pocisk. Poczułem ukucie w plecach i na chwilę straciłem przytomność" - odpowiedział Niemiec.
- "Przepraszam, ale nie wiem jak ci pomóc, ale weź moją kurtkę i kombinezon" - odparł Joachim, po czym położył na śniegu płachtę namiotową i na niej narzutę przeciwiperytową. Polak ułożył rannego na płachcie i zaczął go ściągać po zaśnieżonym stoku, klnąc przy tym na cały świat, oczywiście po polsku. Na jego szczęście niedaleko na dole stał wóz z zaprzężonymi końmi. Obok niego stał niemiecki żołnierz. Joachim podszedł do niego i opowiedział o zdarzeniu, a także pogonił ich, bo Sowieci bardzo szybko się zbliżali.
Jeszcze przed zapadnięciem zmroku Ceraficki dotarł do miejscowości Zaturce. Pododdział Polaka zajął pozycję na zboczu wzgórza. Niedaleka szosa, która przecinała okopy, łączyła Łuck z Włodzimierzem. Przed wojną utwardzili ją Polacy, toteż dało się po niej jechać. Głównym celem Joachima stało się teraz nie wpadnięcie w ręce Sowietów za wszelką cenę. Wiedział, że żołnierzy polskiego pochodzenia w niemieckim mundurze traktują jak zdrajców i w najlepszym przypadku wysyłają do kopalń na Syberii. Przynajmniej tak mówił wzięty do niewoli sowiecki oficer. Cerafickiego dziwił fakt, że tylko jego obchodzi, gdzie się obecnie znajduje. Kiedy powiedział kolegom, że przed wojną Łuck należał do Polski, byli bardzo zaskoczeni.
Niemieccy żołnierze zostali zakwaterowani w domach polskich gospodarzy. Joachim nie pytał ich, dlaczego nie poszli razem w armią sowiecką, bo wiedział, że wzięli by go za jakiegoś wywiadowcę. Zdziwił go także fakt, iż gospodarz domu chodził wszędzie z karabinem, który nota bene dostał od Niemców do obrony przed Ukraińcami.
W wolnych chwilach Ceraficki obchodził zajmowany przez jego jednostkę teren. Podziwiał między innymi zbudowane przez Polaków zabudowania gospodarcze, rozmieszczone po lewej stronie szosy. Miejscowi mówili na nie "poniatówki". Jak się dowiedział, każe gospodarstwo miało do dyspozycji 5 hektarów ziemi. Niestety teraz wszystkie były opuszczone.

Stanowisko radiooperatora Heer w okopie podczas działań operacyjnych
Źródło: https://c8.alamy.com/comp/C45DT5/german-radio-operator-on-the-radio-C45DT5.jpg
Początek marca 1944 r. Na froncie panował względny spokój. Tylko czasami nad głowami wybuchały pojedyncze pociski ekrazytowe lub fosforyzujące. W nocy wyglądało to jak deszcz spadających meteorytów. Odcinek niemieckiej obrony, na której znajdował się Joachim powstał 1 marca 1944 r. Z czasem Sowieci wykazywali coraz większą aktywność. Pewnego dnia Rosjanie pojmali jednego z niemieckich radiotelegrafistów, który przez megafon zaczął namawiać kolegów do przejścia na stronę Armii Czerwonej. Niektórzy byli tym faktem oburzeni, ale Ceraficki wiedział, że z przystawionym pistoletem do głowy, zachowaliby się podobnie. Dowódcy w ogóle nie zareagowali, jakby taki incydent nie miał miejsca.
Tuż przed zapadnięciem zmroku okazało się, że najmłodszy radiotelegrafista z pododdziału Joachima leży ranny na przedpolu, wzywając pomocy. Szybko przygotowano akcję ratunkową. Jego koledzy zabrali kilkumetrowy zwój kabla i pobiegli ku linii obrony. Kiedy dotarli na miejsce, okazało się, że ten już nie żył. Pochowano go za kościołem katolickim w miejscowości Zaturce - wraz z czterema innymi żołnierzami.
Dwa dni później pod wieczór wszyscy radiotelegrafiści z batalionu zostali wezwani do jego dowódcy, który poprowadził ich na linię obrony, gdzie nacierali Sowieci. W dolinie było widać jak na dłoni kilkuosobowy oddział, szczególnie, że mocno świecił Księżyc. Dwóch Sowietów ciągnęło ciężkim karabin maszynowy. Stojący obok Joachima dowódca natychmiast otworzył do nich ogień z MP 40, który po kilku strzałach się zaciął. Ceraficki uznał, że lepszym rozwiązaniem będzie rzucenie granatu, co też uczynił. Sowieci zaczęli się szybko wycofywać, co oznacza, że widocznie nikt z nich nie został trafiony.

Radiotelegrafista Heer podczas zimy 1944 r. w okolicach Witebska wyposażony w radiostację Feldflu.B1 oraz wczesną antenę (Steckantenne 80 cm)
Źródło: https://www.nachrichtentruppe.de/images/technik/funkgeraete/feldfu_b_c/feldfu_b.jpg
Koniec marca 1944 r. "Żadna strzelanina nie doprowadzała mnie do psychicznego załamania, natomiast panicznie bałem się wpaść w ręce Sowietów" - wspomina Joachim Ceraficki. Pewnego dnia w czasie rozeznania dostrzega na ziemi leżący PPSz-41. Patrząc w górę zbocza widzi leżącego w czerwonym śniegu sowieckiego żołnierza. Mimo strachu przed jego kolegami, Polak postanowił mu pomóc. Po uspokojeniu Rosjanina, Ceraficki wyciągnął chusteczki i bandaże, a z ładownicy jeden nabój, który przyłożył mu do tętnicy powyżej łokcia, mocno owijając chusteczkami. Jak ranny wyszedł z szoku zapytał Cerafickiego czy jest Rosjaninem służącym u Germańców. "Jestem Polakiem" - odpowiedział Joachim i zapytał go o wiek oraz pochodzenie. Ranny okazał się 17-letnim Tatarem krymskim o niebieskich oczach i blond włosach. Jako że dochodził wieczór, Ceraficki pomógł mu wstać i wskazał kierunek marszu.
Po powrocie na swoją pozycję Joachim zauważył jak niemieccy żołnierze ładują zdobyczną sowiecką broń na wóz. Polak chciał zatrzymać wzięty uprzednio PPSz-41, ale dowódca kazał mu go oddać. Kolejny rozkaz obejmował umocnienie się na linii obrony. W tym celu Ceraficki miał zająć dziurę w ziemi, która miała niewiele wspólnego z okopem i niezbyt chroniła siedzącego w niej obserwatora. Po dwóch godzinach siedzenia na mrozie, Polak postanowił przejść się po linii obrony z nadzieją, że znajdzie jakąś ziemiankę, gdzie mógłby się napić gorącej herbaty. Jednak po przejściu ponad 300 metrów okopu, niczego nie było, co zmusiło Joachima do powrotu na swoje stanowisko.
Rankiem po niewielkim śniadaniu, Polak wyszedł z dziury i położył się na stoku twarzą do słońca, które pod koniec marca już całkiem mocno świeciło. Cerafickiego obudził kolega Mentzel, który powiedział, że Unteroffizier Grünbein wzywa go do siebie.

W marcu linia frontu była już na terenach przedwojennej Polski
Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/0a/Feste_Pl%C3%A4tze_Ostfront_1944.png
Kwiecień 1944 r. W Wielkanoc 9 kwietnia Joachim spędził czas z kolegami z drużyny oraz gospodarzami domu w którym kwaterował. Pozwalał na to względny spokój na froncie. Były pisanki, biały chleb i ciasto. "Ktoś może się zdziwić, że ja, przymusowy żołnierz armii niemieckiej, wspominam członków naszego oddziału jako kolegów, a nawet przyjaciół. Łączyła nas jednak obawa przed śmiercią. Wiedzieliśmy, że szansą wyjścia z opresji była koleżeńska solidarność" - wspomina Ceraficki. Godzinę po uczcie Sowieci zaczęli ostrzał artyleryjski, trwający kilkanaście minut. Po tym czasie niemieccy żołnierze wrócili do obiadu, który uwieńczył kieliszek szampana oraz śpiewy.
Pod koniec kwietnia batalion Cerafickiego został skierowany do miejscowości Rożyszcze, aby zluzować znajdującą się tam jednostkę pancerną i zająć linię obrony nad rzeką Styr. Cała operacja miała nastąpić w nocy, a na jej przeprowadzenie pododdział Polaka czekał w pobliskim lesie, wraz z kuchnią polową. W momencie spożywania niezbyt dobrze wyglądającego jedzenia, rozpoczął się ostrzał artyleryjski Sowietów.
Niemcy w końcu weszli do Rożyszcza. W tym samym czasie miejscowość opuszczały czołgi. Joachim wraz z dowódcą i innym radiotelegrafistą zajęli pozycje w opuszczonej szkole. Następnego dnia Sowieci znów zaczęli strzelać. Po zakończeniu kanonady Rosjanie przystąpili do ataku. "Raus!" - krzyczał Oberst. Przerażony Ceraficki wybiegł ze swojego stanowiska, kierując się do widocznych w dali budynków. Miał do przebiegnięcia kilkaset metrów przez pole. W końcu dotarł do nieznanych mu żołnierzy piechoty, którzy zdziwieni pytali, czemu tylko on opuścił budynek szkoły.
Po kilku godzinach szok ustąpił, ale Polakowi było albo bardzo zimno, albo bardzo gorąco. Stojący obok niego żołnierz zaprowadził go do sanitariusza. Okazało się, że Joachim ma wysoką gorączkę oraz krew w moczu, co sugerowało nawrót malarii. Doktor stwierdził, że nie skieruje go do szpitala, bo "kto będzie bronił ojczyzny?". Kazał mu się położyć w izbie na sienniku. Następnego dnia sanitariusz zaprowadził Cerafickiego do sąsiedniego domu. Po zażyciu atebryny, gorączka ustawała. Po kilkunastu dniach, nie czekając na zgodę lekarza - Joachim wrócił do swojej jednostki. Najpierw jednak musiał skierować się do kancelarii batalionu, aby zgłosić powrót i uzyskać informacje o miejscu pobytu oddziału. Tam spojrzeli na niego jak na ducha, gdyż Joachim Ceraficki znajdował się na liście zaginionych. Jednocześnie stwierdzono, że opuścił on dowódcę, który wpadł w ręce Sowietów. Polak nie zareagował na oskarżenia, a ze względu na późną porę, poprosił o możliwość przenocowania i zjedzenia posiłku.
Nazajutrz Joachim udał się do swojego oddziału. Gdy jednostka zbliżała się do Zaturców, znów zabrzmiały armatnie salwy. "Idąc, rozmyślałem o tym, co bym zrobił, gdybym wiedział, że uznano mnie za zaginionego. Znałem kilka miejsc, gdzie mógłbym się przebrać i doczekać szczęśliwie końca wojny" - wspomina Ceraficki.
Podczas pobytu Polaka w punkcie sanitarnym Sowieci zajęli część zboczy Wyżyny Wołyńskiej, co ułatwiało im obserwację działań wojsk niemieckich. Pewnego dnia Joachim poszedł do punktu obserwacyjnego, wyposażonego w lunetę nożycową. Obsługujący ją Obergefreiter pozwolił Polakowi poobserwować pozycje obronne wroga. Na najwyżej położonym zboczu Ceraficki zobaczył kilka kobiet kopiących okopy. Niemiecki dowództwo uznało, że trzeba przegonić stamtąd wroga. Następnego dnia swój niemieckich pionierów podeszło do sowieckiej linii obrony. Chwilę później rozpoczęli szturm na bunkier nieprzyjaciela, z którego ostrzeliwano niemieckie pozycje. Za pomocą miotacza ognia spalono doszczętnie wnętrze wrogiego bunkra.
  
W czerwcu 1941 r. na Wołyniu część ludności entuzjastycznie witała wojska niemieckie; trzy lata później sytuacja odwróciła się znacząco, a wiele miejscowości stało opuszczonych
Źródło: http://www.nawolyniu.pl/artykuly/okupacja.htm
Maj 1944 r. Rosjanie kontynuowali ostrzeliwanie niemieckich pozycji. Spowodowało to przerwanie kontaktu z dowódcą linii obrony. Ceraficki został wyznaczony do sprawdzenia, gdzie został uszkodzony kabel. Okazało się, że ktoś nadepnął na kamień, pod którym leżał przewód, co uszkodziło izolację. Po krótkiej naprawie, Joachim wrócił do ziemianki dowódcy i zameldował, że łączność działa. W oddali było słychać warkot silników czołgowych. Przez lornetkę dało się dostrzec manewrujące w dolinie maszyny wroga.
Następnego dnia około godz. 5:00 nastąpił atak Sowietów. Jeden z radiotelegrafistów oznajmił, iż nie ma łączności z dowódcą jednej z kompanii. Joachim wraz z dwoma kolegami pobiegli szukać przerwanego kabla. Okazało się, że leżał on niedaleko łącznicy. Polak zauważył, że był on źle podciągnięty. Do naprawy wymagane było wspięcie się na przydrożny słup, co Joachim uczynił mimo obaw kolegów. Po powrocie, do łącznicy wszedł nieznany Oberst z Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego na szyi, w towarzystwie podoficera. Jako że reszta była poza budynkiem, na Cerafickiego spadł obowiązek doprowadzenia gości do dowódcy pozycji atakowanej przez Sowietów. "Pomyślałem, że jak Sowieci go zobaczą, to nie wiem, czy zdążę się przeżegnać. Około stu metrów otwartej przestrzeni trzeba było dosłownie przebiec. Oberst jednak maszerował wyprostowany mimo świszczących kul i szrapneli. Z jakiego powodu tak się zachowywał, nie potrafię wyjaśnić, jednak Krzyże Rycerskie przyznawano na ogół za czyny wymagające odwagi" - mówi Joachim.
Szczęśliwie cała trójka dotarła na miejsce. Ceraficki czekał, aż trochę ustanie ogień nieprzyjaciela i dopiero wtedy wrócił do łącznicy. Sowiecka artyleria zaczęła ostrzeliwać zajmowane przez Niemców obiekty. Joachim wraz z kolegą dostał polecenie naprawy kabla łączącego dowództwo batalionu z linią obronną. Przewód ten przebiegał około 100 m od łącznicy. Gdy tylko udało się ponownie uruchomić połączenie, teren pokryły pociski artyleryjskie wroga. Obaj żołnierze wskoczyli do dołu zrobionego przez wybuch i w bezruchu czekali na najgorsze. "Pociski wybuchały tak blisko nas, że co chwilę byliśmy zasypywani ziemią i odłamkami" - wspomina Joachim. W pewnej chwili towarzysz Cerafickiego krzyknął, że dostał w stopę. "Boże! Jak ja się bałem" - mówi Polak.
Po zmierzchu trzeba było przenieść rannego do punktu sanitarnego. Do ziemianki obaj dotarli bez przeszkód. Kolega Joachima był w szoku - zamiast dużego palca w prawej nodze miał odłamek pocisku. Oprócz tego, zadanie zostało wykonane bez problemów i połączenie z dowództwem znów działało. Po chwili nastąpił rozkaz wycofania się do niedalekiego lasu. Nastąpiła niepokojąca cisza.
Następnego dnia Niemcy rozpoczęli budowę nowych ziemianek. Kiedy było w miarę spokojnie, Ceraficki chodził nad pobliską rzeczkę, wykorzystując piękną pogodę. W międzyczasie prał też swoją bieliznę. Ciągle panowała cisza, przerywana od czasu do czasu hukiem niemieckiej artylerii. Nie docierały żadne wieści z innych frontów.

Niemieccy żołnierze rozwijają kable w celu prawidłowego działania łączności
Źródło: https://www.nachrichtentruppe.de/images/bildarchiv/kabelbau/Kabelbau_17.JPG
Czerwiec 1944 r. Po kilku dniach Ceraficki dostał rozkaz udania się do wioski oddalonej kilkanaście kilometrów od frontu. Znajdowała się tam zbieranina ludzi, zarówno wojskowych, jak i cywilów. Kolejne polecenie obejmowało udanie się do szwadronu zaopatrzeniowego (Nachschub-Eskadron). Po zameldowaniu jego dowódca zapytał Polaka, czy potrafi oporządzać konie. "Odpowiedziałem, że jak dotąd, nie miałem okazji nawet konia poklepać" - wspomina Joachim. W efekcie został on zakwaterowany w domu ukraińskiej rodziny, gdzie mieszkało już dwóch niemieckich żołnierzy. Gospodyni raczyła ich wyśmienitymi potrawami, a ci, w rewanżu, oddawali jej często wyroby wojskowych kucharzy. Cala rodzina doskonale mówiła po polsku, więc Ceraficki mógł rozmawiać z nimi w ojczystym języku.
Szwadron zaopatrzeniowy stacjonował w Grzybowicy. Przez czas służby w nim Joachim nauczył się oporządzać konie oraz jeździć na nich. Oprócz tego dowódca często wykorzystywał Polaka jako tłumacza. Pewnego dnia zarządzono zbiórkę obcokrajowców służących w jednostce, aby dokonać przeglądu noszonej bielizny oraz jej ewentualnej wymiany. Joachim wiedział, że jest ona w fatalnym stanie, dlatego usilnie starał się, aby dostali nowy przydział. Jednocześnie czuł, że dowódca jest coraz bardziej zdenerwowany jego zachowaniem. W pewnym momencie zaczął wrzeszczeć na Cerafickiego i wymyślać od przeklętych "Polacken". Joachim bez słowa wyszedł.
Następnego dnia do Polaka przyszedł były szef szwadronu, który był świadkiem całego zdarzenia i powiedział, że powinno zostać to zaraportowane do rotmistrza (Rittmeister). Joachim napisał skargę i przedłożył bezpośrednio do adiutanta, podkreślając, że jest obywatelem Rzeszy Niemieckiej polskiego pochodzenia, a nie jakimś "Polacken". Dwa dni później Ceraficki został wezwany do dowódcy szwadronu, który oczywiście zaczął wrzeszczeć od samego wejścia. Od tego momentu skończyły się przywileje Joachima.
22 czerwca 1944 r. ruszyła Sowiecka ofensywa. Po paru dniach Joachim spotkał znajomego radiotelegrafistę, który powiedział, że niemieckie dywizje rozlokowane na północ od ich pozycji wycofują się, ponosząc duże straty. Stwierdził przy tym, że niedługo Sowieci ruszą i tutaj.

Przez całą wojnę konie pełniły ważną rolę w zaopatrzeniu wojsk frontowych Heer i Waffen-SS; poniżej transport wyposażenia na Froncie Wschodnim w 1944 r.
Źródło: https://www.alamy.com/stock-photo-supply-transport-of-the-wehrmacht-on-the-western-front-1944-94209598.html
Lipiec 1944 r. W nocy z 13 na 14 lipca Nachschub-Eskadron Cerafickiego wymaszerował w kierunku Kryłowa nad Bugiem. Wozy załadowane amunicją posuwały się wolno w ciemnościach, przy odgłosach wybuchających rakiet z "organów Stalina". Przeprawę przez Bug zorganizowano około 30 km od Grzybowicy. Leżący już na zachodniej stronie rzeki Kryłów, żołnierze ujrzeli przed świtem. Po opuszczeniu miejscowości Niemcy kierowali się w kierunku Zamościa, wraz z jakąś jednostką pancerną. Nocleg odbył się w Tyszowcach - 35 km od Zamościa. Cała miejscowość była wyludniona.
Następnego dnia wieczorem oddział dotarł do miasta. Rano odezwały się sowieckie samoloty zrzucające bomby na zabudowania. Zaraz po napojeniu koni, dowódca szwadronu podniósł alarm i jednostka zaczęła uciekać w stronę Wisły. Nachschub-Eskadron Cerafickiego dotarł do Kraśnika bez przeszkód. W nocy przeprawiono się na drugą stronę rzeki, przez most w Annopolu. Aż do samego Ożarowa Niemcy byli ostrzeliwani przez małokalibrową broń.
Następnego dnia żołnierzy ulokowano we wsi położonej nad skarpą wiślaną. Podobnie jak inne, ta również była opuszczona. Joachim, zgodnie z rozkazem Unteroffiziera, kierował dwukonnym zaprzęgiem. W nocy nastąpił kolejny nalot sowieckiego lotnictwa. Konie, mimo wybuchów, stały spokojnie. "Pomyślałem, że jak bomba trafi w któryś z naszych wozów, to nastąpi niebotyczna katastrofa" - mówi Ceraficki. Rano rozpoczęła się sowiecka nawała artyleryjska. W pewnym momencie Joachim został zasypany ziemią i odłamkami. Po wyjściu z szoku Polak pobiegł sprawdzić co z końmi, które wyrywały się jak szalone z zaprzęgu. Joachim pozwolił im uciec, a te pognały do pobliskiego lasu. W międzyczasie podjechały niemieckie czołgi i artyleria ostrzeliwując gwałtownym ogniem sowieckie pozycje. Niedługo po wiosce nic nie zostało, a gdy walka dobiegła końca, Joachim pobiegł po swoje konie.
22 lipca 1944 r. szwadron Cerafickiego spotkał się z szwadronem niejakiego Hauptmanna Jaworskiego. Ich zaprzęgami powozili Polacy, Rosjanie i Ukraińcy, niektórzy w towarzystwie żon bądź dziewczyn. Następnego dnia Joachim został wyznaczony na tłumacza podczas apelu. Po zebraniu się na łące dowódca zaczął od powiadomienia o zamach na Adolfa Hitlera oraz wymienił nazwisko Clausa von Stauffenberga. Oprócz tego opisał sytuację na froncie i zapewnił, że armia niemiecka na pewno zwycięży.

Po przeprawie przez Bug Nachschub-Eskadron Cerafickiego w lipcu 1944 r. dociera do Zamościa; poniżej panorama miasta z 1940 r.
Źródło: https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/jednostka/-/jednostka/5964541
Sierpień 1944 r. Początkiem miesiąca Nachschub-Eskadron Joachima dwukrotnie przeprawiał się przez most na Wisłę, aby w końcu ulokować się w parku na obrzeżach Sandomierza. W czasie jednego z obiadów, przyszła młoda dziewczyna, która poinformowała o wybuchu powstania w Warszawie. "Nasz kolega, pochodzący z Gdyni, skomentował 'Warszawiaki chyba zwariowali! Przecież Ruskie stanęli i Polakom nie pomogą" - wspomina Joachim.
Oba szwadrony rozpoczęły zmianę pozycji. Kiedy pododdział Cerafickiego dojechał do celu, żołnierze Hauptmanna Jaworskiego prowadzili grupkę polskich chłopaków i dziewczyn. Niektórzy z nich mieli opaski z czerwonym krzyżem. Okazało się, że rankiem zaatakowali oni Niemców strzegących magazynu amunicji. W tym czasie nadjechał szwadron Hauptmanna Jaworskiego, którego żołnierze natychmiast ruszyli z pomocą. Wszyscy Polacy zostali złapani. Kilka godzin później odnaleziono pod mostkiem ciało Rittmaistera ze szwadronu Joachima oraz dwóch innych oficerów. Wieś natychmiast przeszukano i znaleziono samochód, którym poruszali się zabici. Spontanicznie, bez rozkazu, spalono podejrzane gospodarstwo przy którym stał pojazd. Szef kancelarii szwadronu poprosił Cerafickiego, aby ten tłumaczył Polakom to, co chce im przekazać: "Zabiliście rotmistrza, przyjaciela Polaków, który brał udział przed wojną w wyścigach konnych, a Polaków uważał za najlepszych jeźdźców w Europie i przyjaźnił się z nimi" - powtarzał po zdenerwowanym Oberfeldwebelu. "On i dwaj zabici oficerowie traktowali Polaków przymusowo wcielonych do armii niemieckiej tak, jak żołnierzy pochodzenia niemieckiego, stając w razie potrzeby w ich obronie. Żołnierz, który podpalił dom, gdzie został znaleziony samochód, zrobił to samowolnie i poniesie odpowiednie konsekwencje" - kontynuował Oberfeldwebel. Joachim nie przypuszczał, że ten zdaje sobie sprawę, że mówi do osób, które raczej nie miały nic wspólnego z zabiciem oficerów. Po wygłoszeniu mowy, Ceraficki poszedł do miejsca, gdzie przetrzymywano Polaków w wioski. Było to kilkanaście młodych chłopaków i dziewczyn. "Pomyślałem - jako dureń poprowadził tę dzieciarnię do boju?" - wspomina Joachim. Co się z nimi stało, nie wiadomo, bo następnego dnia szwadron otrzymał nowe zadanie, o czym będzie w dalszej części.

W sierpniu 1944 r. Joachim Ceraficki dociera w okolice Sandomierza; cieszy się, że znów jest w Polsce, ale nie wie co przyniesie przyszłość; poniżej Brama Opatowska w Sandomierzu, październik 1943 r.
Źródło: https://photos.szukajwarchiwach.gov.pl/b220768e511ffd70cced19b0421c087366b669ab5c92d7f8c3fbce949cb67a49_max
https://www.dookolarzeszy.pl/2019/03/polak-w-suzbie-iii-rzeszy.html - cz. 1 
https://www.dookolarzeszy.pl/2019/07/polak-w-suzbie-iii-rzeszy-cz-2-na.html - cz. 2 
https://www.dookolarzeszy.pl/2019/09/polak-w-suzbie-iii-rzeszy-cz-3-na-tyach.html - cz. 3 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza