środa, 5 lutego 2020

Najbardziej wyjątkowa broń III Rzeszy - Fallschirmjägergewehr 42

Wśród wielu konstrukcji strzeleckich III Rzeszy bez wątpienia tą najbardziej zagadkową, najrzadszą i chyba najmniej udaną jest Fallschirmjägergewehr 42, który - jak sama nazwa wskazuje - powstał na potrzeby strzelców spadochronowych. Dlaczego broń ta jest tak wyjątkowa i po co powstała? Jakim sposobem praktycznie przełamano w niej prawa fizyki? Dlaczego mimo tego, że od początku pomysł ten nie mógł się udać, prace nad FG 42 ciągle trwały? O tym wszystkim w dzisiejszym artykule. 

Pechowa Kreta
Niemieckie wojska spadochronowe, czyli Fallschirmjäger (strzelcy spadochronowi), na początku wojny odegrały bardzo ważną rolę zajmując "niezdobytą" belgijską twierdzę Eben-Emael oraz liczne mosty czy lotniska w Holandii i Norwegii. Niestety rozwój i być może - kolejne wielkie sukcesy - zostały bezsensownie - i jak się okazało bezpowrotnie - zaprzepaszczone w związku z inwazją na Kretę w maju 1941 r. To właśnie na tej wyspie leżącej na Morzu Śródziemnym niemieccy spadochroniarze "wykrwawili się" i od tamtej pory Fallschirmjäger byli wykorzystywani głównie w walkach lądowych na Froncie Wschodnim. Dlaczego po raz kolejny powtarzam, że inwazja na Kretę nie miała sensu, a celem powinna być Malta, można przeczytać tutaj - link.

Fallschirmjäger z FG 42 podczas działań we Francji w czerwcu 1944 r.
Źródło: https://bundesbildarchiv.init-ag.de/device_barch/dev1/2019/10-18/cc/ef/file77l4w4mxv4l173zmmov1.jpg
Nie będę szczegółowo opisywał dlaczego poniesiono tam takie straty, bo wszystko jest w odnośniku do artykułu stricte o Krecie, ale dodam jedynie, że gdyby Niemcy wypuszczali z samolotów spadochroniarzy wraz z bronią, to prawdopodobnie do takiej masakry by nie doszło, a tak żołnierz leciał osobno, a ekwipunek osobno. Czym więc miał się bronić niemiecki Fallschirmjäger przeciwko alianckim karabinom maszynowym? Zębami i bagnetem, jak radzono na Froncie Wschodnim, gdy skończyła się amunicja? Nie tędy droga. Niestety zrzut z bronią był niemożliwy z powodu konstrukcji niemieckiego spadochronu desantowego RZ-1. Co prawda pozwalały one na wykonanie skoku z mniejszej wysokości niż alianckie, co skracało czas lotu i wystawienie się na ogień nieprzyjaciela, ale gwałtowne przeciążenie przy otwieraniu czaszy, a przede wszystkim brak kontroli nad opadaniem i możliwość sterowania przy przyziemieniu wykluczały skok z jakimkolwiek długim oraz twardym przedmiotem. Zresztą, jak się później okazało, i tak ciężko było trafić w skoczka spadochronowego, więc ta przewaga RZ-1 nad resztą była iluzoryczna. Jak wykazały brytyjskie testy - dobrze wyszkolony celowniczy karabinu maszynowego - z odległości około 135 m trafiał w sylwetkę opadającego człowieka raz na ponad 300 strzałów. Przy odległości 270 m - było to już raz na 1 700 wystrzelonych pocisków. Na Krecie Fallschirmjäger lądowali od 300 do 600 m od nowozelandzkich pozycji ogniowych, więc wnioski wydają się być oczywiste. Większość strat ponoszono już na ziemi, gdzie przygwożdżeni ogniem Niemcy - nie mieli się czym bronić. Oczywiście nie było tak, że Fallschirmjäger nic nie posiadali. Skoczkowie byli uzbrojeni w pistolety i czasami - wbrew regulaminowi - w pistolety maszynowe. Jednak uwięzieni pod ostrzałem skoncentrowanego ognia karabinów maszynowych spadochroniarze nie mieli jak szukać zrzuconych skrzynek z bronią główną, a zasięg skuteczny pistoletu (teoretycznie 50 m, praktycznie 15-20 m) czy pistoletu maszynowego (teoretycznie 200 m, praktycznie nie więcej niż 100 m) - był mocno ograniczony. 
Mimo że ostatecznie operacja "Merkury" była przez Niemców wygrana i w sumie oprócz pechowego lądowania III./Fallschirmjäger-Regiment 3 z 7. Flieger-Division reszta była w miarę udana - od tego czasu żadna niemiecka dywizja spadochronowa nie była zaangażowana w operację powietrzno-desantową jako cała jednostka, a jedynie maksymalnie jako dwa bataliony.

Niemieccy strzelcy spadochronowi z Fallschirmjäger-Regiment 3 przeprawiają się przez nasyp w celu zaatakowania pozycji wroga, maj 1941 r.
Źródło: https://www.bild.bundesarchiv.de/cross-search/search/_1554141255/?search[view]=detail&search[focus]=60
Geneza powstania
W celu uniknięcia powtórki z Krety postanowiono stworzyć specjalny karabin przeznaczony wyłącznie dla strzelców spadochronowych. Historia tej konstrukcji rozpoczyna się w lecie 1941 r., kiedy do miasta Tarnewitz znajdującego się koło Lubeki, a będącego siedzibą GL/C Erpobungsstelle-6 (komórka zarządu technicznego Luftwaffe zajmująca się rozwojem broni pokładowej) przyszedł oficer Fallschirmjäger z pretensjami odnośnie używanego przez niego i jego kolegów uzbrojenia. Na koniec litanii wad Kar98k, MP 38 czy MP 40 zapytał, czy nie dałoby się stworzyć zupełnie nowej konstrukcji, która miałaby nie więcej niż 1 m długości, strzelała ogniem pojedynczym i ciągłym, mogła wystrzeliwać granaty nasadkowe, a jednocześnie być na tyle celna, żeby z celownikiem optycznym mogła pełnić funkcję karabinu wyborowego. Dodał, że mogłaby strzelać pełnowymiarowym nabojem 7,9x57 mm - podobnie jak Kar98k - i tak jak on, aby można jej było użyć do walki kręcz kolbą oraz bagnetem.
Po wysłuchaniu wykładu, specjaliści z GL/C E-6 poinformowali sfrustrowanego gościa, że zajmują się wyłącznie bronią pokładową samolotów, a broń strzelecka piechoty to sprawa Heereswaffenamt (HWA, Urząd Uzbrojenia Wojsk Lądowych). Po kilku dniach ten sam żołnierz wrócił do Trewitz i powiedział, że w HWA wyśmiano go mówiąc, że żąda "mleczno-mięsnej świnio-kury". W zamian zaproponowano mu karabin samopowtarzalny G 41 (W), który dopiero był w fazie testów (więcej o nim i jego finalnej wersji - Kar43 - tutaj). Druga propozycja obejmowała nowy karabin samoczynno-samopowtarzalny na nabój pośredni, którego produkcja miała rozpocząć się nie wcześniej niż za rok, dwa (więcej o StG 44 - tutaj). Spadochroniarze nie mieli zamiaru tyle czekać i nie chcieli nic na nabój pistoletowy, a ten "pośredni" to w ogóle niewiele im mówił. Kilka dni później Reichsmarschall Hermann Göring - dowódca Luftwaffe - nakazał GL/C E-6 zając się problemem karabinu dla spadochroniarzy.

Fallschirmjäger odrzucili propozycję HWA, czyli będący jeszcze w fazie testów karabin samopowtarzalny G 41(W) kalibru 7,9 mm na nabój 7,9x57 mm
Źródło: https://modernfirearms.net/userfiles/images/rifle/6/1288256457.jpg
W przeciwieństwie do konstruktorów z Heer, ci z Luftwaffe od początku byli obeznani z tematem lekkiej broni o dużej sile rażenia i wymagania spadochroniarzy wcale nie były dla nich taką abstrakcją. Po kilku dniach inżynierowie z GL/C E-6 stworzyli założenia taktyczno-techniczne nowej broni, nazwanej roboczo LC-6. Oprócz wymienionych wyżej "sugestii", karabin miał mieć wymienny magazynek mieszczący od 10 do 30 nabojów, strzelać ogniem pojedynczym z zamkniętego zamka, a ciągłym - z otwartego, mieć bagnet (najlepiej składany i integralny) oraz lufę na tyle masywną, aby nie było potrzeby jej wymieniania - przy czym trzeba zaznaczyć, iż strzelanie seriami było cechą "dopuszczalną", a nie "kluczową". Jak łatwo się domyślić, miało to na celu zwiększenie żywotności podzespołów broni, chociaż granicę w przypadku ognia ciągłego ustawiono na 2 000 strzałów. Co więcej nowa konstrukcja miała zostać wyposażona w integralny dwójnóg, kolba w amortyzator odrzutu, a całość miała być na tyle stabilna, by nie podskakiwać przy strzelaniu z dwójnogu i na tyle solidna, aby nie ulec uszkodzeniu podczas desantu w wiszącym pod nogami spadochroniarza indywidualnym zasobniku.
Cały plan z założeniami wysłano w czerwcu 1941 r. do sześciu zakładów zbrojeniowych z którymi współpracowała GL/C E-6: Wilhelm Gustloff Werke, Mauser A.G, Großfuß Werke, C.G. Haenel, Rheinmetall A.G. oraz Krieghoff GmbH. Po przeanalizowaniu wytycznych tylko trzy z nich (Mauser, Rheinmetall i Krieghoff) podjęły wyzwanie. Reszta odmówiła w związku z brakiem poparcia Heereswaffenamt. 

Mityczny karabin samoczynno-samopowtarzalny na nabój pośredni nie został zaakceptowany z dwóch powodów: nie wiadomo było kiedy będzie gotowy, nie spełniał wymogów strzelania nabojem karabinowym pełnej mocy; ostatecznie przybrał on postać MP 44, któremu pod koniec 1944 r. zmieniono nazwę na StG 44
Źródło: https://www.ima-usa.com/products/original-german-wwii-stg-44-display-assault-rifle-with-demilled-receiver?variant=26169245125
Oczywiście HWA od razu odrzucił "patronat" nad tą bronią. Każdy rodzaj wojsk - włączając w to Waffen-SS - dążył do stworzenia własnej, niezależnej struktury zaopatrzenia w uzbrojenie oraz niestandardowych konstrukcji z którymi najlepiej by się nie dzielił z resztą. Dlatego tylko dla Waffen-SS powstały programy: pistoletu maszynowego MP 35 z zakładów Bergmann i ręcznego karabinu maszynowego LMG 35/36 z fabryki Knorr-Bremse. Idąc dalej Reichsführer-SS Heinrich Himmler zagarnął dla swojej formacji zdobyczne zakłady w Protektoracie Czech i Moraw, a Reichsmarschall Hermann Göring, nie chcąc być gorszym, przejął słynną fabrykę broni myśliwskiej Heinricha Krieghoffa, gdzie uruchomiono produkcję mało łowieckich pistoletów P.08 dla Fallschirmjäger. Mimo to, HWA miał monopol na dostawy uzbrojenia dla Wehrmachtu i normalnie odpowiadał za uzbrojenia także innych formacji, wliczając w to Waffen-SS. Jednak widząc separatystyczne działania zarówno Himmlera, jak i Göringa, Heereswaffenamt często umywał ręce od różnych projektów, sabotując w ten sposób możliwość zdobycia centralnie rozdzielanych materiałów i mocy przerobowych u "konkurencji". 
Konstruktorzy z zakładów Mauser nie wysilili się i zaproponowali przeróbkę swojego najnowszego karabinu maszynowego dla obserwatora - MG 81 - z dodanym dwójnogiem oraz kolbą. Jednak propozycję tę odrzucono już na starcie, bo broń ważyła ponad 6,5 kg i była zasilana z taśmy nabojowej. Mimo to i tak ta broń trafiła do lądowych jednostek Luftwaffe jako "MG 81 für Erdkampf", ale trzy lata później. Projekty Krieghoff (zamek ryglowany dźwignią) i Rheinmetall (ryglowanie przez obrót zamka) zostały skierowane do dalszego rozważenia. Na kierownika całego projektu wyznaczono inżyniera Otto Schultze z GL/C E-6. Po badaniach, projekt Krieghoff został odrzucony i na placu boju pozostała jedynie propozycja Rheinmetall. 

Zakłady Mauser A.G. poszły po linii najmniejszego oporu i zaproponowały swój MG 81 z dwójnogiem oraz kolbą, który mimo odrzucenia - i tak trzy lata później trafił do lądowych poddziałów Luftwaffe pod postacią MG 81 für Erdkampf
Źródło: http://www.imfdb.org/images/thumb/e/e9/MG_81_Infantry.jpg/800px-MG_81_Infantry.jpg
"Blitzkrieg" i składak Luisa Stangego
Koncern Rheinmetall A.G, w którym najbardziej znaną gałęzią produkującą broń była Rheinmetall-Borsig z berlińskiej dzielnicy Borsigwalde, wyznaczył do realizacji projektu LC-6 wyznaczył swój mniej znany oddział, czyli dawne zakłady Johanna Nikolausa von Dreysea w Sömmerda. Jego kierownikiem i zarazem głównym konstruktorem był znany i najbardziej zasłużony niemiecki twórca broni maszynowej - Luis Stange, który był odpowiedzialny m.in. za MG 34. 
Jednak LC-6 miał niewiele wspólnego z poprzednimi konstrukcjami Stangego, za to sporo z amerykańskimi karabinami maszynowymi Isaaca N. Lewisa i Melvina M. Johnsona. Z tego pierwszego przejęto układ mechanizmu zamkowego z suwadłem zaopatrzonym w występ poruszający się w wycięciu kształtowym zamka ryglowanego przez obrót, wyłącznie z taśmową sprężyną powrotną. Z drugiego zapożyczono układ liniowy redukujący podrzut oraz składany celownik przeziernikowy, który Luis Stange dopełnił składaną muszką na wzór tej z MG 34. Karabin strzelający ogniem pojedynczym z zamka zamkniętego, a ciągłym z otwartego także był pomysłem Melvina Johnsona. Jednak Luis Stange wymyślił to założenie w odniesieniu do broni z mechanizmem bijnikowym, a nie kurkowym, jak w LMG 41 Melvina Johnsona. 
Karabin dla Fallschirmjäger miał mieć konstrukcję całkowicie metalową, łącznie z kolbą, chwytem i łożem. Zasilanie boczne z magazynka nie było zaczerpnięte z LMG 41, gdyż Stange posilił się lepszymi rozwiązaniami niemieckich konstruktorów (MG 13 i  Knorr-Bremse). Kolejnym "gotowcem" w LC-6 był bagnet, skopiowany z francuskiego karabinu dla spadochroniarzy MAS CR 39 kalibru 7,5 mm ze składaną kolbą (MAS 36). W pozycji transportowej bagnet był przenoszony w tulei mocującej pod lufą, tyłem naprzód, a do pozycji bojowej należało go wyjąć i obróciwszy o 180°, włożyć ponownie. 

FG 42 w wersji prototypowej
Źródło: https://d6a2z3m5.stackpathcdn.com/wp-content/uploads/2018/12/FG1.jpg
Luis Stange próbował przekonać spadochroniarzy, że budowa takiej broni na nabój karabinowy nie ma sensu i proponował im wersję na nabój pośredni. Po badaniach z kwietnia 1942 r. komisja złożona z inżynierów z Tarnewitz i spadochroniarzy na polecenie Hermanna Göringa kategorycznie odrzuciła taką możliwość i dodatkowo zażądała wprowadzenia zmian w modelu na nabój 7,9x57 mm. W związku z tym w czerwcu 1942 r. pojawił się LC-6/II, poprawiony według wytycznych zamawiającego. Zmieniono kształt kolby, a blaszane łoże zastąpiono wykonanym z tworzywa sztucznego, które lepiej izolowało od gorącej lufy i było mniej śliskie w użytkowaniu. Co więcej, zmianie uległa konstrukcja celownika, który niemal z kopii johnsonowskiego przeziernika Lymana, stał się bardziej oryginalnym przeziernikiem mimośrodowym o płynnej regulacji szczerbiny. Dwójnóg, który do tej pory przeszkadzał w założeniu nasadki do wystrzeliwania granatów, przesunięto z wylotu lufy na blok gazowy. Po zrealizowaniu poprawek LC-6/II został zaprezentowany ekspertom z HWA w Kummersdorf w nadziei, że zmienia nastawienie, bo bez ich przydziału maszyn, materiałów i kadry - nie było możliwości uruchomienia produkcji. 
Oficerowie Z Heereswaffenamt nie mogli uwierzyć w to, co widzieli. Lotnikom udało się wyhodować "mleczno-mięsną świnio-kurę" i to w rekordowym tempie! Broń, choć była jedynie modelem, poddano pełnym próbom, więc nie dziwi fakt, że się rozpadła. Po wykonaniu tych analiz HWA nie miał wątpliwości - LC-6/II jest konstrukcją nieudaną i nie ma sensu kontynuować prac nad nią, a co dopiero produkować na masowa skalę. 

Odręczne szkice Luisa Stangego przedstawiające dwie pierwsze wersje FG 42 - LC-6 oraz LC-6/II
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005
Może i niedoświadczony konstruktor straciłby chęć do dalszej walki, ale Stange w ogóle nie przejął się opinią HWA. Dokładnie przestudiował raport ekspertów z wojsk lądowych oraz to, co zostało z karabinu po czym przystąpił do budowy trzeciej wersji. W ten sposób w niecały miesiąc po nieudanej próbie w Kummersdorf, powstał LC-6/III, wyprodukowany do końca 1942 r. w ponad 50 egzemplarzach. 
Karabin uległ znacznej przebudowie. Tłoczona komora zamkowa została zastąpiona starą i wypróbowaną wersją frezowaną z deficytowej stali chromoniklowej, wrócił stary przeziernik z regulacją pokrętłem, łoże wykonano z drewna, taśmową sprężynę zastąpiła tradycyjna, umieszczona w kolbie. Wiele osób uważa, że dość specyficzne nachylenie chwytu miało służyć do prowadzenia ognia w czasie opadania ze spadochronu. Nie jest to prawdą. Po pierwsze opadający Fallschirmjäger nie miałby na to czasu, gdyż Niemcy zrzucali desanty ze 150 m, co powodowało, że trwał on kilka sekund. W tym czasie strzelec spadochronowy musiałby wyjąć broń z pokrowca, załadować i otworzyć ogień, po czym schować karabin w celu zabezpieczenia go przed uszkodzeniem podczas lądowania. Po drugie, prowadzone w Polsce badania w latach 50. dotyczące strzelania w czasie opadania ze spadochronem lepszej konstrukcji (systemu Irwina) ze znaczniej większej wysokości i to z wykorzystaniem Automatu Kałasznikowa na znacznie słabszy nabój pośredni dowiodły, iż było to zupełnie bezcelowe. Ogień był niecelny, gdyż odrzut broni zmieniał skoczka w wahadło, a nawet wprowadzał go w ruch wirowy, co już było w ogóle bardzo niebezpieczne podczas lądowania. Wydaje się, że tak wybitny konstruktor broni jak Luis Stange zdawał sobie z tego sprawę, a co więcej zgadza się z tym chyba najwybitniejszy znawca broni historycznej w Polsce - Pan Leszek Erenfeicht. Jedyne co możemy w tym przypadku wziąć pod uwagę, to wymóg Luftwaffe, co prawda nierozsądny, ale od początku postawiono przecież mało logiczne wymagania.
Do czego więc służył? Prawdopodobnie był on zgodny z wymogami Fallschirmjäger i w teorii miał ułatwiać prowadzenie ognia leżąc, co sugeruje też zasilanie boczne z magazynka oraz wysokość celowników, ale to też nie jest nigdzie potwierdzone historyczne, chociaż wydaje się mniej idiotyczne niż ułatwienie strzelania w locie. 

LC-6/III z partii ponad 50 przedprodukcyjnych egzemplarzy Rheinmetall A.G. z końca 1942 r. 
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005
Podrzut i wielki płomień wylotowy w związku z użyciem silnego naboju karabinowego do strzelania z krótkiej lufy, miało ograniczać zaproponowane przez Stangego wielofunkcyjne urządzenie wylotowe, wykluczające użycie standardowej nakładki do granatów nasadkowych od Kar98k. Zamiast tego powstała specjalna, nakręcana na gwint u wylotu lufy. HWA nadal nie był przekonany co do tej broni, a co gorsza dla Luftwaffe, po zademonstrowaniu jej Adolfowi Hitlerowi w listopadzie 1942 r., ten też uznał, że to średni pomysł. Wydawało się, iż projekt broni dla Fallschirmjäger został spisany na straty, ale pod koniec 1942 r. nastąpił niespodziewany i wielki przełom. 

Za FG 42 odpowiedzialny był Luis Stange - jeden z najbardziej zasłużonych konstruktorów broni maszynowej
Źródło: https://vignette.wikia.nocookie.net/guns/images/e/e1/LouisStange.jpg/revision/latest?cb=20190630140318
Fallschirmjägergewehr 42
Jeden z gotowych już karabinów LC-6/III został podarowany jako prezent Reichsmarschallowi Hermannowi Göringowi. Ten był tak podekscytowany nową konstrukcją, że udało mu się do niej przekonać Hitlera, który jeszcze miesiąc temu mówił, że to złom, a teraz kazał wyprodukować go 100 000 sztuk! Mało tego, według Führera miała to być nie tylko podstawowa broń Fallschirmjäger, ale... całego Wehrmachtu! Podobnie jak w przypadku późniejszego Sturmgewehr 44, to Adolf Hitler nazwał nową broń "Fallschirmjägergewehr 42" (w skrócie FG 42) i rozkazał przygotować ją do produkcji seryjnej. Decyzja ta nieco przeraziła zespół Stangego, bo o ile zgoda Hitlera była bardzo ważna, to sam karabin wymagał jeszcze sporo dopracowania. 
Pierwsza partia 50 szt. FG 42 powstała początkiem 1943 r. Z niej wybrano losowo sześć karabinów w celu poddania ich próbom przez GL/C E-6 pomiędzy 24 lutego a 16 kwietnia 1943 r. W tym czasie oddano z nich ponad 100 000 strzałów w temperaturze od -70°C do +60°C, co ponownie doprowadziło to ich zniszczenia. Próby żywotności przeprowadzono z różnymi rodzajami nabojów: zwykłymi z ciężkim pociskiem sS i SmE, przeciwpancernymi SmK oraz lotniczą amunicją treningową, smugową z rdzeniem aluminiowym ISL'Spur - wszystkie w łuskach mosiężnych, stalowych i bimetalowych. Oddawano po 50 strzałów ogniem pojedynczym i po 50 strzałów ogniem ciągłym, z krótkimi przerwami na chłodzenie lufy. Badano funkcjonowanie przy różnych kątach podniesienia i pozycjach broni oraz mierzono intensywność płomienia wylotowego. Żywotność testowanych egzemplarzy okazywała się bardzo różna. Tylko trzy z nich oddały ponad 20 000 strzałów, czwarty padł po 18 000, piąty zdołał wystrzelić 10 200 pocisków, a ostatni - zaledwie 2 100. Nawet biorąc pod uwagę te trzy pierwsze, to miały one mało optymistyczną liczbę zacięć, usterek i uszkodzeń części. Sama żywotność eksploatacyjna luf (ilość strzałów do momentu wystąpienia dyskwalifikującego procentu skośników na tarczy) wyniosła około 17 500. Najsłabszym elementem FG 42 była jednak sprężyna bijnika (iglicy), która pękała co mniej więcej 3 000 strzałów. Aby temu zapobiec Luis Stange wymienił ją z jednorodnej na wiązkową (skręcaną z kilku drutów) i wydłużył jej skok, co przyniosło natychmiastową poprawę, co jej żywotność wzrosła trzykrotnie. 

Przekrój FG 42 produkcji zakładów Krieghoff z 1943 r.
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005
W czasie prób testowano także kilka typów nakręcanego na wylot lufy garłacza FGewGrG 42, a także dwie odmiany celownika optycznego ZFG-42: teleskopowy i pryzmatyczny. Ostatecznie wybrano ten pierwszy, który wszedł do produkcji jako ZF-4. Wracając do miotania granatami, to było to możliwe, ale odrzut okazał się tak silny, że zatrzask ramienia celownika nie trzymał nastaw. Podczas jednego ze strzelań wyrwał się magazynek i strzelec został ranny w twarz. Po tym wydarzeniu zalecono, aby w przypadku strzelania granatami, po prostu magazynek odłączać. Kolejnym problemem było nagminne pękanie (dochodzące do około 70%) łusek nabojów miotających, a konstrukcja kolby okazała się za słaba na strzelanie więcej niż kilka razy, gdyż ulegała zdeformowaniu w wyniku braku usztywniających przetłoczeń. 
Kolejne zastrzeżenia budziła wysokość celownika, który mimo że dobrze spełniał swoją rolę podczas strzelania leżąc, w staniu zmuszał strzelca do nadmiernego opuszczania głowy. Sugerowano także zmniejszyć opór spustu do 3,5 kg, bo w testowanych egzemplarzach wartość ta sięgała nawet dwa razy tyle. Dwójnogowi dostało się za zbyt słabe osadzenie podpór i za małe stopki, co sprzyjało zagrzebywaniu go w ziemi. Z drugiej strony można go było użyć jako przedniego chwytu, co w jakimś stopniu zabezpieczało składanie podpór w czasie prowadzenia ognia, ale tylko przy strzelaniu leżąc. Konstrukcja spawanej z dwóch połówek komory spustowej z rękojeścią okazała się za mało wytrzymała i została wzmocniona w ramach przygotowań do produkcji seryjnej. Kabłąk spustu nowej komory spustowej nie był już częścią połówek, lecz stanowił dodatkowy pasek blachy, a wspomnianą kolbę usztywniono przetłoczeniami. Żeby nie było, że broń ta miała wyłącznie wady, to bardzo wysoko oceniono jej poręczność, chwaląc niewielką masę oraz wymiary - i to by było na tyle. FG 42 z wymienionymi wyżej poprawkami skierowano w końcu do produkcji seryjnej.

FG 42 z bagnetem w położeniu bojowym 
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005
Chrzest bojowy
Produkcja seryjna rozpoczęła się jednak nie w zakładach Rheinmetall, ale u Krieghoffa w Suhl. Przyczyny tej zmiany mogły być różne - od problemów z mocami przerobowymi, przez brak wystarczającej ilości materiałów i na obłożeniach wynikających z innych zamówień kończąc, choć pod uwagę należy także wziąć interesy Hermanna Göringa, bowiem zakład ten należał do koncernu Hermann-Göring-Werke i produkcja karabinów u Krieghoffa generowałaby dla niego zarobek. Jakiekolwiek by tego przyczyny, to tempo uruchomienia tej produkcji dowodzi, że decyzja ta nie mogła zapaść po testach w Tarnewitz, gdyż raport z prób był gotowy początkiem lipca 1943 r., a już miesiąc później wybrane oddziały zaczęły dostawać pierwsze seryjne karabiny.  
Jedną z nich był SS-Sonderverband z.b.V. "Friedenthal" (znany od kwietnia 1944 r. jako SS-Jäger-Bataillon 502) dowodzony przez SS-Hauptsturmführera Otto Skorzennego, który wykorzystał ponad 20 egzemplarzy FG 42 w czasie akcji uwolnienia Benito Mussoliniego 12 września 1943 r. wraz z I./Fallschirmjäger-Regiment 7. Na zdjęciach z operacji o kryptonimie "Eiche" widać dwa rodzaje kolb od FG 42 - gładkie i karbowane, co oznacza, iż były to zarówno karabiny z partii próbnej Rheinmetall, a także nowe seryjne od Krieghoffa. Przeprowadzona przez Niemców operacja zakończyła się imponującym sukcesem, do tego stopnia, że nie oddano ani jednego strzału, więc praktycznego chrztu bojowego FG 42 nie przeszedł. 

 Fallschirmjäger z SS-Sonderverband z.b.V. "Friedenthal" w czasie trwania operacji "Eiche" mającej na celu uwolnienie Benito Mussoliniego, która zakończyła się imponującym powodzeniem; na ziemi widoczny FG 42 z rozłożonym dwójnogiem
Źródło: https://www.militaryimages.net/media/operation-eiche.80452/full
Wszystko od nowa
Krieghoff wyprodukował już około 2 000 szt. FG 42, zanim pod koniec 1943 r. konstrukcja ta znów została przeniesiona na deski kreślarskie. Tym razem problemem była deficytowa stal chromoniklowana, której dostawy zablokowała HWA, mimo usilnych starań Göringa. Bez tego surowca komora zamkowa nie była w stanie wytrzymać obciążeń. Luis Stange zgodził się po raz kolejny przekonstruować swój karabin, pod warunkiem zrezygnowania z nierealnego, bez użycia tego metalu, ograniczenia masy broni do 4,15 kg. Dowództwo Luftwaffe zgodziło się na to i FG 42 zaczął tyć. Komora zamkowa znów składała się z wytłaczanego płaszcza połączonego z frezowanymi wkładami - podobnie jak w LC-6/II - które tym razem były wykonane ze zwykłej stali węglowej, a nie jak wcześniej z chromowo-manganowej. Spowodowało to wzrost masy komory o 250 g. Co gorsza, kiedy Stange w końcu uporał się z tym problemem, dowództwo Fallschirmjäger poleciło mu obniżyć szybkostrzelność broni w ogniu ciągłym. W ulepszonym FG 42 zastosowano jedyny możliwy sposób jej ograniczenia - zwiększenie masy zespołu ruchomego. Ważył on teraz 510 g, przez co masa karabinu skoczyła do 4,82 kg. Próby wykazały, iż szybkostrzelność nadal nie spadła zadowalająco, ale 850 strz./min przy wcześniejszych 900 strz./min było postępem (pod koniec żywotności podzespołów w trakcie prób wyniosła nawet 1 100 strz./min). W związku z tym zespół ruchomy przybrał na wadze jeszcze więcej i ważąc 595 g - obniżył tę wartość do 680 strz./min, ale zwiększył masę całkowitą broni (bez załadowanego magazynka) do 5 kg. 

Oficerowie Luftwaffe z częściowo rozłożonym FG 42 w swojej III wersji (LC-6/III); 26 grudnia 1943 r.
Źródło: https://bundesbildarchiv.init-ag.de/device_barch/dev1/2019/10-16/7b/95/file77k2qkjyv5jh49rq3fa.jpg
Kolejną przebudowę przeszła tania i lekka kolba blaszana, która w zimie przymarzała do ciała - zastąpiono ją kolbą wykonaną z drewna - oraz chwyt pistoletowy, który zagięto pod kątem prawie 90° dodając jednocześnie plastikowe okładziny. Dwójnóg przesunięto ponownie pod wylot lufy, co lepiej stabilizowało broń, ale teraz trzeba było mieć bardzo długie ręce, żeby móc używać go jako chwytu przedniego. Poprawił się za to dostęp do regulatora gazowego umiejscowionego w bloku gazowym. Muszka została osłonięta tunelowym ochraniaczem, który lepiej współpracował z celownikiem przeziernikowym. Rozdzielono także połączoną uprzednio funkcję dźwigni bezpiecznika-przełącznika rodzaju ognia, wprowadzając dwa oddzielne mechanizmy. Gniazdo magazynka zaopatrzono w dwudzielną pokrywę wlotu, zabezpieczającą się przed dostaniem się zanieczyszczeń do wnętrza komory. Po raz kolejny przekonstruowano urządzenie wylotowe, nadając mu żebrowaną powierzchnię, co pozwoliło zwiększyć ilość otworów odprowadzających gazy na zewnątrz, by zmniejszyć i tak nadal olbrzymią kulę ognia u wylotu lufy. 
Następna modyfikacja objęła wyrzutnik łusek, który miotał nimi z taką mocą, że podczas strzelania mogły one nawet zranić stojących obok kolegów. Aby temu zapobiec, dodano za oknem wyrzutu prymitywny odbijacz, który zmieniał kierunek rotacji łuski i powodował jej odbicie w przód, gdzie miała najmniejszą szansę na wyrządzenie krzywdy. Część ta spowodowała jednak, że trzeba było zrezygnować z mostka do doładowywania karabinu z łódki, który z resztą był zapożyczeniem od karabinów Johnsona. Od tego momentu trzeba było pojedynczo wciskać wszystkie 20 nabojów, które mieścił magazynek powodujący jak dotąd największą liczbę zacięć w związku ze słabym osadzeniem w gnieździe. Trzeba go było przekonstruować tak, żeby trzymał się znacznie lepiej broni i nie wypadał na wskutek wibracji przy strzelaniu. Przez to jednak stał się zupełnie niewymienny z poprzednikiem. 

Poprawiony FG 42 już w drewnianą kolbą i "wyprostowanym" chwytem pistoletowym
Źródło: https://lskb.pl/lskb/wp-content/uploads/2017/04/fg42.jpg
Wprowadzenie wszystkich tych zmian trwało długo, bo dopiero w kwietniu 1944 r. pierwsze 150 sztuk opuściło fabrykę w Suhl. Prawie 100 z nich przeszło kolejny chrzest bojowy i to znów w rękach żołnierzy Waffen-SS. Trafiły one bowiem do SS-Fallschirmjäger-Bataillon 500 pod dowództwem SS-Hauptsturmführera Kurta Rybki (włączonego 1 października 1944 r. do nowo utworzonego SS-Fallschirmjäger-Bataillon 600), który w maju 1944 r. próbował powtórzyć wyczyn SS-Sonderverband z.b.V. "Friedenthal", gdzie po lądowaniu w Drvarze, daleko za linią frontu, miał on porwać i zlikwidować lub uprowadzić do Niemiec dowódcę jugosłowiańskich partyzantów marszałka Josifa "Tito" Broza. Tym razem jednak obrońcy byli lepiej wyszkoleni i bardziej chętni do walki niż Włosi, więc operacja "Rösselsprung" zakończyła się fiaskiem. 

SS-Fallschirmjäger-Bataillon 500 podczas operacji "Rösselsprung" w maju 1944 r.
Źródło: http://img9.uploadhouse.com/fileuploads/17910/1791018602db0565280e6f9e72114f2a63a66148.jpg
FG 42 vs. MP 43 
Prace nad Fallschirmjägergewehr 42 stwarzały poważne problemy dla programu nowego karabinu automatycznego na nabój pośredni 7,9x33 mm Kurz. Rozwój tej broni tak się przeciągał, że istniało ryzyko, iż jeśli FG 42 okaże się szybszy, Adolf Hitler zablokuje ten program na rzecz preferowanego przez siebie karabinu na nabój pełnej mocy. Na szczęście dla HWA, droga do FG 42 niestwarzającego większych problemów była bardzo długa. 
Entuzjazm Adolfa Hitlera FG 42 spowodował, iż już w kwietniu 1943 r. wyznaczono próby wojskowe na Froncie Wschodnim, które miały zdecydować o wyborze przyszłej podstawowej broni piechoty. C.G. Haenel, który z trudem, bo z trudem, ale dostarczył w terminie swoją propozycje w postaci patrii próbnej MKb 42(H), a tymczasem FG 42 był dopiero przygotowywany do produkcji. W związku z tym nabój pośredni wygrał pierwszą rundę, lecz Hitler nadal nie był co do niego przekonany, obawiając się chaosu zaopatrzeniowego. Czas mijał, podobnie jak nadzieje spadochroniarzy o ich nowej broni, aż 21 stycznia 1944 r. HWA zaproponowało dowództwu Fallschirmjäger, że w zamian za zrezygnowanie z "reanimowania trupa", otrzymają oni w pierwszej kolejności poprawione i dopracowane już MP 43, których seryjna produkcja właśnie ruszyła. Strzelcy spadochronowi poważnie rozważali tę propozycję i pewnie doszłaby do skutku, gdyby znów nie wmieszał się Reichsmarschall Hermann Göring, stanowczo nakazując kontynuowanie prac nad FG 42. W związku z tym, że Adolf Hitler zaczął się wahać odnośnie sensu tej konstrukcji, a poniesiono już tyle kosztów i wyrzeczeń - Göring rezygnując z FG 42 strzeliłby sobie w kolano. Dalsze rozwijanie tej konstrukcji stało się teraz sprawą prestiżu, a nie koniecznością operacyjną. 
Tymczasem początkiem 1944 r. w związku z zaplanowanymi na styczeń próbami porównawczymi FG 42 i MP 43, które przeprowadzono i tak w marcu, można było w końcu wystawić do boju - jak się wydawało - gotową do działań broń. No cóż, rezultaty były podobne jak rok wcześniej - ogólna ocena karabinu była druzgocąca. 

Rozłożony częściowo FG 42n/A; od góry: rękojeść napinania, zespół ruchomy, urządzenie powrotne, zderzak zespołu ruchomego, drewniana kolba, komora zamkowa z lufą
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005
Najwięcej krytyki było odnośnie deficytowych materiałów, zbyt dużego kąta nachylenia chwytu pistoletowego, niskiej żywotności (FG 42 padł po oddaniu 10 000 strzałów), szybkiego spadku celności po oddaniu ponad 3 000 strzałów, zbyt dużej szybkostrzelności, niestabilności przy strzelaniu seriami, dokuczliwym huku przy wystrzale, demaskującej kuli ognia u wylotu lufy, ale najbardziej nie do zniesienia była konieczność gruntownego czyszczenia bloku gazowego co 500 strzałów. Czynność tę można było przeprowadzić jedynie w warsztacie rusznikarskim gdyż wymagała rozłożenia broni przy użyciu specjalnych narzędzi. 
Heereswaffenamt otwarcie uznał, że FG 42 to złom, który nie nadaje się na pole walki, ale niestrudzony Göring po raz kolejny zdołał przekonać Hitlera, aby program karabinu dla Fallschirmjäger nadal kontynuować. Nowy FG 42n/A miał powalić MP 43 na kolana. Tymczasem szumne zapowiedzi coraz bardziej odrywały się od rzeczywistości. Sytuacja na froncie wymagała podjęcia natychmiastowych decyzji i jak najszybszej dostawy nowej broni, a nie dalszych dyskusji i wzajemnego opluwania się. W kwietniu 1944 r. MP 43 przemianowano na MP 44, a do ZSRR ruszyły przebudowane 1. Infanterie-Division oraz 32. Infanterie-Division, które miały wypróbować nową broń w boju. Meldunki z frontu były bardzo entuzjastyczne, a MP 44 sprawdzał się znakomicie. Wehrmacht miał w końcu udany karabin samoczynno-samopowtarzalny, o dużej pojemności magazynka i bez porównania bardziej funkcjonalny niż Kar98k, gdyż mający większą siłę ognia i możliwość prowadzenia go nawet w ciasnych pomieszczeniach (więcej w tym temacie tutaj).

Różnice w konstrukcji komory zamkowej FG 42 (po lewej) oraz FG 42n/A (po prawej)
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005
Mimo to w październiku 1944 r. Fallschirmjäger przeprowadzili własną próbę porównawczą FG 42n/A do MP 44. Autorzy raportu bardzo starali się zdyskredytować konstrukcję C.G. Haenela, porównując go do broni zupełnie innej klasy - MP 38, MP 40, Kar98k, a nawet MG 42! "Eksperci" z Luftwaffe udowodnili, że MG 42 może prowadzić intensywniejszy ogień w obronie (jakby ktokolwiek miał o tym wątpliwości), a FG 42n/A okazał się celniejszy na dystansie powyżej 600 m (co nie dziwi, bo strzelał mocniejszym nabojem karabinowym, a nabój pośredni był przystosowany do zasięgu nie większego niż 400 m, na którym zresztą prowadzono większość wymian ognia). Jednak Hermann Göring dostał to, co chciał i z tym raportem poleciał do Adolfa Hitlera z nadzieją, że ten zablokują wdrażanie MP 44 do wojska. W międzyczasie zakłady Krieghoff rozpoczęły produkcję FG 42n/A. 

Rozłożony zespół ruchomy FG 42n/A; od góry: zamek, iglica ze sprężyną, opora sprężyny iglicznej, rękojeść napinania, suwadło i urządzenie powrotne
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005
Ostatnia droga 
Zanim do tego doszło, zeszło ponad pół roku na kolejne poprawki i pierwsze FG 42n/A z zamkiem o wadze 595 g oraz poprawionym regulatorem gazowym zeszły z linii dopiero w listopadzie 1944 r. Miesiąc później GL/C E-6 odebrała z fabryki dalsze 519 szt., a w marcu 1945 r. produkcja osiągnęła 1 500 szt. Takie tempo wytwarzania tej broni było nie do zaakceptowania, nawet jeśli karabin miał służyć jedynie Fallschirmjäger. Hermann Göring wymusił na Ministrze Uzbrojenia Rzeszy Albercie Speerze, aby ten przydzielił mu większe moce przerobowe, co skutkowało uruchomieniem przed końcem wojny dwóch kolejnych zakładów produkujących FG 42n/A. Poza Krieghoff (kod "fzs") były to: 
  • L.O. Dietrich z Altenburga (kod "gcy:), który zdążył poskładać 150 szt. jeszcze w marcu, a w momencie przejęcia fabryki przez Rosjan okazało się, iż łącznie było ich około 500 szt. 
  • Wagner & Co. z Mühlhausen (kod "gal") mający o wiele bardziej ambitne plany, ale zapowiadana produkcja na poziomie 900 szt. miesięcznie począwszy od maja 1945 r. nigdy się nie wydarzyła z wiadomych względów 
Porównanie urządzeń wylotowych FG 42 ( u góry z rozłożonym bagnetem) i FG 42n/A (u dołu) 
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005
Krieghoff zdążył wyprodukować około 4 500 szt. FG 42n/A, co zamyka produkcję ostatniej wersji w 5 000 szt. Wliczając prototypy oraz partie przedprodukcyjne obu wariantów karabinu, łącznie daje to około 7 500 szt., czyli prawie nic.  Po zakończeniu wojny zaroiło się na świecie od konstrukcji nawiązujących lub wręcz kopiujących rozwiązania z FG 42. Pierwszy powojenny bull-pup (broń w układzie bezkolbowym) - brytyjski EM-1 polskiego imigranta Tadeusza Korsaka (nie mylić z innym polsko-brytyjskim bull-pupem, czyli EM-2 Kazimierza Januszewskiego) był niemalże dokładną kopią FG 42n/A. Różnica wynikała z przeniesienia magazynka z boku na dół, co wymagało obrócenia mechanizmu do góry nogami i umieszczenia rury gazowej nad lufą. Konkurencyjny EM-1 konstrukcji Stanleya Thorpe'a miał co prawda inny mechanizm, ale jego komora spustowa i chwyt do złudzenia przypominały te z FG 42n/A. Konstrukcja Luisa Stangego zainspirowała także czeski KP-5 Josefa Koucky'ego i szwajcarski StG W+F51. Wszystkie one strzelały nabojami pośrednimi i żaden z nich nie wszedł do uzbrojenia. Bliski tego był jednak StG W+F54, powiększony model na nabój 7,5x55 mm, który przegrał ostatecznie z StG 57 zakładów SIG.
Fallschirmjägergewehr 42 zrobił również wrażenie za oceanem, gdzie także usilnie trzymano się nabojów pełnej mocy, aż do wprowadzenia M16 pod koniec lat 50. Po badaniach w Aberdeen w 1946 r., w filadelfijskich Bridge Tool & Die Works powstał T44 Light Machine Gun, czyli hybryda FG 42n/A produkcji zakładów Krieghoff z... zasilaniem taśmowym od MG 42. Wyjątkowość tej broni stanowił fakt, iż taśma nabojowa nie wchodziła do niej z lewej, czy prawej strony, ale od dołu i wychodziła górą. Mechanizm przesuwający taśmą nakrytą pokrywą pożyczoną od MG 42, ale stosownie do sposobu prowadzenia taśmy, zawieszoną... na boku broni! T44 LMG nigdy nie wszedł do produkcji, ale zapoczątkował program, który później po przejęciu go przez Springfield Arsenal zaowocował stworzeniem jednego z najgorszych, ale jednocześnie jednego z najbardziej rozpoznawalnych i długowiecznych karabinów maszynowych - M60.

T44 LMG - czyli amerykańska hybryda FG 42n/A z zasilaniem taśmowym od MG 42 
Źródło: https://lh3.googleusercontent.com/proxy/YcAmyZIiJPqbH1
Podsumowanie 
Tak oto średnio udany karabin dla Fallschirmjäger łącząc rozwiązania z innych konstrukcji, stworzony by zaspokoić sprzeczne z logiką wymogi, stając się ostatecznie sprawą honoru Göringa, dał początek wcale nie lepszemu karabinowi maszynowemu, z którym armia USA męczyła się przez 40 lat w różnych miejscach na świecie, a o których się nawet Stangemu nie śniło. Trzeba przyznać jednak, że po poprawkach FG 42 miał pewne zalety, o których warto pamiętać, biorąc pod uwagę wyśrubowane wymagania strzelców spadochronowych. Gdyby zastosowano w nim nabój pośredni, to nawet cały ten projekt mógł mieć szansę na powodzenie. Można także pokusić się o stwierdzenie, iż to właśnie FG 42 był pierwszą próbą karabinu szturmowego, gdyż teoretycznie użytkowy model powstał przed StG 44. Jednakże tych dwóch konstrukcji nie ma sensu porównywać. Co więcej, FG 42 był jedną z pierwszych seryjnie produkowanych broni, która charakteryzowała się układem liniowym (punkt podparcia kolby znajdujący się na przedłużeniu osi lufy). Trzeba także oddać konstruktorom na czele z Luisem Stange, że udało im się zachować całkiem niedużą masę i dość kompaktowe wymiary, ale jednocześnie - w związku z nabojem karabinowym pełnej mocy - przyczyniało się to do sporego odrzutu i podrzutu. No cóż, praw fizyki Niemcy nie zmienili, ale tworząc coś tak wyjątkowego jak FG 42, znów zapisali się na kartach historii broni palnej. 

FG 42n/A z rozłożonym i złożonym dwójnogiem
Źródło: Strzał - magazyn o broni, 03/2005

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza