03 lipca 2019

Polak w służbie III Rzeszy cz. 2 - na Froncie Wschodnim

Podczas II wojny światowej w Wehrmachcie służyło około 380 000 żołnierzy pochodzenia polskiego. Jednym z nich był Joachim Ceraficki, który jako "Niemiec trzeciej kategorii" został wcielony do Wehrmachtu w 1942 r. W Heer spędził prawie 3 lata walcząc na Froncie Wschodnim głównie jako łącznościowiec. Starał się on przede wszystkim przeżyć i być dobrym żołnierzem, mimo że przyszło mu walczyć nie za swoją ojczyznę. Celem było zminimalizowanie ryzyka śmierci, bo na froncie jego patriotyzm nie miał żadnego znaczenia - tam najważniejsze okazało się koleżeństwo i współpraca. Wbrew pozorom, choć trudno w to uwierzyć, Polakom w Wehrmachcie również przysługiwały dni wolne czy urlopy, a często byli traktowani tak samo jak Niemcy - zgodnie z regulaminem armii. Po wstępnych szkolenia Joachim Ceraficki trafia na Front Wschodni, gdzie szybko przekonuje się czym jest wojna. 

Styczeń 1943 r. Okopy to nie najprzyjemniejsze miejsce do pełnienia służby, szczególnie te po Rumunach. Jednak - jak na razie - dobiega czwarty dzień w miarę spokojnej warty. Po nocnym dyżurze przy łącznicy Joachim Ceraficki postanawia wykorzystać chwilę wolnego czasu i wspiąć się na stok góry, skąd mógłby obejrzeć okolicę. Kiedy dochodził do ziemianki położonej w najwyższym punkcie, zajmowanej przez niemieckiego żołnierza, pyta go o sytuację na froncie. Było wiadome, że 6. Armia dowodzona przez Generała Friedricha Paulusa jest okrążona w Stalingradzie i tym samym Niemcy muszą się wycofać za Rostów. Joachim rozrysowuje sobie prowizoryczną mapę i zaznacza lokalizację jego batalionu, Krasnodar i odbity przez Armię Czerwoną Stawropol. Obaj doszli do wniosku, że niedługo nastąpią również zmiany na ich odcinku. 
Kiedy Ceraficki się rozglądał, jego współtowarzysz wskazał mu punkt obserwacyjny przeciwnika. Polak wyposażony w Kar98k z lunetą, wyraźnie widział szkło, w których odbijało się słońce. Zapytał się kolegi, czy potrafi ocenić odległość dzielącą ich od niego. "Pewnie jakieś dwieście pięćdziesiąt metrów" - odpowiedział. "To świetna okazja do oczyszczenia lufy mojego karabinu" - pomyślał Ceraficki i wyczekując, strzelił w momencie, w którym schowała się głowa obserwatora. Ku zdumieniu obu żołnierzy, luneta zniknęła z sowieckiego okopu. Okazało się, że kosztujące pięć paczek papierosów marki R6 ustawienie celownika Kar98k przez rusznikarza było bardzo opłacalne.

Der Funkerkompanie na Froncie Wschodnim
Źródło: http://la6nca.net/bilder/tornfub1/
Koniec stycznia 1943 r. Dowództwo zdecydowało, że trzeba wybudować nowe stanowiska dowodzenia po drugiej stronie rzeki Ilsk. Jak sama nazwa wskazuje, będą je budować szeregowi i podoficerowie. Ziemiankę wydrążono w stoku góry, na wysokości kilkunastu metrów. W niedzielę, trzy godziny przez świtem w 560. Bewährungsbataillon, gdzie służył Ceraficki, pojawia się podoficer Kwapisch z oddziału łączności w towarzystwie dwóch nieznajomych żołnierzy. Kazał on zabrać Cerafickiemu tylko karabin, naboje oraz hełm i pójść złapać pod jego dowództwem, jak to określił - "jakiegoś Iwana". Joachim był wkurzony, że musi iść wykonać właściwie nierealne zadanie, ale dlatego nie odczuwał strachu przed nadchodzącą misją. Żeby dojść do linii obronnej Sowietów, trzeba było wspiąć się po zboczu zajmowanym przez ich umocnienia. Niemcy i Polak przedzierali się przez zarośla, zatrzymując się co kilka chwil w miejscach, gdzie trudno by ich było zauważyć. Kiedy znaleźli się kilkanaście metrów od okopów, przywitał ich ogień z broni samoczynnej. Pociski wybuchały w powietrzu, a jak się potem okazały - były one ekrazytowe, czyli wybuchające po trafieniu w cel.  W pewnej chwili Joachim dostrzega, że jego kolega leży na ziemi. Jego lewa strona twarzy była poszarpana i zalana krwią. Reszta położyła go na płachcie namiotowej i szybko zaczęła się ewakuować z ostrzeliwanej pozycji. Po dotarciu do ich linii obronnej, sanitariusz natychmiast prowizorycznie opatrzył rannego, po czym przetransportowano go do szpitala polowego.

Żołnierze z oddziału łączności podczas walk na Froncie Wschodnim, wiosna 1943 r.
Źródło: https://www.reddit.com/r/HistoryPorn/comments/292sor/german_soldier_and_radioman_soviet_union/
2 lutego 1943 r. Ceraficki pełni dyżur przy łącznicy telefonicznej. Zostaje poinformowany, że 6. Armia poddała się w Stalingradzie. Po skończonych obowiązkach udaje się do ziemianki Rumunów posłuchać dalszych wiadomości. Niemieckie radio, na tle żałobnej muzyki, nadawało komunikat o klęsce 6. Armii i bohaterstwie ich żołnierzy. Sytuacja na froncie zaczęła niebezpiecznie się zmieniać. 
Dwa dni potem 560. Bewährungsbataillon dostaje rozkaz opuszczenia pozycji. Zostali przeniesieni na drugą stronę rzeki. W nocy żołnierze wymaszerowali w kierunku zachodnim wzdłuż zboczy gór. Sowieci musieli się domyślić, że takie przemieszczenie będzie mieć miejsce, bo widać było wysoki płomień płonącej ropy naftowej w zbiorniku, która paliła się już dwie doby. Niemcy brnęli w miękkiej mazi sięgającej połowy łydek. Od czasu do czasu dało się słyszeć świst dużego pocisku, który wbijał się w błoto i nie wybuchał. Po kilku godzinach niekończącego się marszu Ceraficki marzył, aby znaleźć choć kawałek suchego miejsca i na parę minut położyć się. Przystanął na chwilę przy dwóch żołnierzach, z których jeden w randze podoficera wrzeszczał na drugiego, leżącego obok MG 34, żeby się nie wygłupiał i natychmiast dołączył do maszerującego plutonu. Ten jednak jęczał, iż nie jest w stanie pójść dalej, nawet pod groźbą utraty życia. Ceraficki zwrócił się do czerwonego ze złości podoficera, że pomoże w niesieniu karabinu maszynowego pod warunkiem, że ten pozwoli swojemu podkomendnemu chwilę odpocząć. Kiedy ten przystanął na tę propozycję i odmaszerował, Joachim zapytał żołnierza skąd pochodzi. Okazało się, że z Gliwic, a w Torgau znalazł się, ponieważ w określonym czasie nie stawił się przed komisją poborową. W końcu wyszeptał po polsku: "Słyszałem, jak kląłeś po polsku, brnąć w tym szambie". 
Po kilkudziesięciu minutach dalszego marszu, Niemcy dostrzegli coś w rodzaju autostrady, ale tak zadziałała tylko ich wyobraźnia - w rzeczywistości była to tylko utwardzona droga. Przejeżdżały po niej furmanki i ciężarówki, a piechota maszerowała w zwartych kolumnach. Dochodząc do drogi, zaczęto szukać docelowej jednostki. Przyglądając się idącym na zachód oddziałom można było dostrzec żołnierzy w mundurach podobnych do polskich. Byli to Słowacy, którzy w milczeniu szli w nieznane.

Stanowisko radiooperatora Heer w okopie podczas działań operacyjnych
Źródło: https://c8.alamy.com/comp/C45DT5/german-radio-operator-on-the-radio-C45DT5.jpg
Połowa lutego 1943 r. 560. Bewährungsbataillon po jednodniowym odpoczynku zaczął szukać kontaktu z przeciwnikiem. Ruszył w kierunku wioski, gdzie niedawno były prowadzone walki. Ceraficki szukając miejsca na ewentualną kwaterę, wstąpił do opuszczonego domu. W jednym z pomieszczeń, przerażony, zobaczył leżącą na sienniku nagą i siną kobietę. "Dziś po 64 latach, ta scena staje mi tak wyraźnie przed oczami, jakby utrwalona na zdjęciu" - wypominał po wojnie. Szybko wybiegł na zewnątrz w poszukiwaniu kogoś, kto pomoże mu ją pochować. Spotkał kobietę niosącą dziecko. Gdy do niej podszedł, zaczęła powtarzać: "Giermanskij doktor!". Ceraficki zaprowadził ją tam gdzie chciała, a batalionowy lekarz natychmiast zajął się ranną dziewczynką, która wyjątkowo dzielnie i bez płaczu, dała sobie wyciągnąć tkwiący w jej lewym udzie, niewielki odłamek.
Batalion Cerafickiego otrzymał polecenie utworzenia linii obronnej oddalonej o 1,5 km na północ od Abińska. Sztab batalionu, odział łączności i służba sanitarna zostały rozmieszczone w kilku zagrodach, stojących na względnie suchym podłożu. Tym razem Joachim nie znalazł się na pierwszej linii, ponieważ łączność nawiązywali telegrafiści. 
W szeregach batalionu panowała epidemia czerwonki. "Ja przestałem krwawić dzięki kuracji węglowej i rezygnacji z jedzenia mięsa i tłuszczu" - wspomina Ceraficki. Co rano natomiast trzeba było walczyć z wszami. Żywe trzeba było przypalać nad płomieniem albo nad rozgrzaną do czerwoności płytą kuchenną. Joachim zabijał je gorącym bagnetem, a że jego koledzy byli mniej skuteczni w pozbywaniu się robactwa, musiał z nimi walczyć w pojedynkę.
Pogoda była słoneczna i mimo że była druga połowa lutego, temperatura była zaskakująco wysoka. Czasami zdarzało się, że Ceraficki przygotowywał dodatkowe posiłki sporządzane z produktów pozostawionych przez gospodarzy zajmowanego przez Niemców domu. Najbardziej chwalono kartoflankę w jego wydaniu. Pewnego dnia jeden z dowódców i kilku żołnierzy wybrali się nad rzekę w celu łowienia ryb za pomocą...granatu. Tym, wydawać by się mogło, dość dziwnym sposobem wyłowili tyle sztuk, że przez dwa dni nie jedzono nic innego.

Łącznościowiec Wehrmachtu podczas działań na Froncie Wschodnim w 1943 r.
Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Bundesarchiv_Bild_101I-198-1395-05A,_Russland,_Funker_in_Deckung.jpg
20 lutego 1943 r.  Niebo zaroiło się od różnego rodzaju samolotów. Sowieci zmierzają w stronę Noworosyjska. Według szacunków Carafickiego - było ich więcej niż sto. Niemiecka artyleria przeciwlotnicza milczała z niewiadomych przyczyn, ale napięcie było tak wielkie, że nie było wątpliwości, iż zaraz zacznie się piekło. Wieczorem Joachim i jego kolega radiotelegrafista otrzymali rozkaz towarzyszenia kompanii, która będąc w odwodzie, miała zluzować ulokowaną na pierwszej linii kompanię rumuńską. Polakowi przypadło dźwiganie na plecach baterii umieszczonych w metalowej obudowie, ważących kilka kilogramów, a Niemcowi - radio w identycznej skrzyni. Po drodze spotkali idących w absolutnej ciszy Rumunów, którzy nie mieli zamiaru czekać na Niemców i opuścili swoje stanowiska. 
Marsz odbywał się po podmokłym terenie, porośniętym drzewami. W pewnym momencie oddział natrafił na rów odwadniający. Trzeba było przejść po bardzo wąskiej kładce, żeby go przekroczyć. Na samym jej środku Ceraficki stracił równowagę i wpadł do wody po kolana. Gdy już dotarli na miejsce, a radiostacja została zainstalowana, zaczął on szukać pomieszczenia, gdzie mógłby wysuszyć buty i spodnie. Wszedł do pobliskiego domu w którym znajdował się punkt sanitarny. Ku jego zdziwieniu zastał tam dwie kobiety w średnim wieku. Zauważył także otwartą beczkę z ciemnymi winogronami. Zapytał czy może wziąć jedną kiść, a te odpowiedziały, żeby jadł ile chce. Obok domu Joachim dostrzegł zabudowania wyglądające na jakiś magazyn. "Skoro są winogrona, to może..." - pomyślał. W środku stały dwa duże pojemniki i dało się wyczuć zapach czegoś fermentującego. Przypuszczenia Cerafickiego potwierdziły się. Podszedł do jednego z pojemników i przekręcił mały kranik z którego spłynął różowy, lekko musujący płyn. Tak dobrego wina jeszcze nie pił. Szybko wylał ze swojej manierki herbatopodobne resztki, napełniając ją w zamian "kaukaskim szampanem".

 Niemieccy żołnierze rozwijają kable łącznościowe w celu prawidłowego działania łączności
Źródło: https://www.nachrichtentruppe.de/images/bildarchiv/kabelbau/Kabelbau_17.JPG
Koniec lutego 1943 r.  Joachim zostaje wyrwany ze snu przez wybuchy pocisków moździerzowych i armatnich. "Wiedziałem, że huraganowy ostrzał linii potrwa około piętnastu minut, po czym nastąpi atak sowieckiej piechoty" - wspomina. Po szybkim ubraniu się, biegiem udaje się do kolegi na stanowisku obsługi radia. Sowieci atakują falami. Pierwsza z nich została skoszona przez niemieckie karabiny maszynowe i moździerze, podobnie jak druga i trzecia. Huk był na tyle wielki, że nie dało się odróżnić jakiego rodzaju broni używała dana strona. W pewnym momencie sanitariusze proszą Polaka, aby ten pomógł im przenieść do punku opatrunkowego ciężko rannego podoficera. Dopiero pod wieczór sytuacja uspokoiła się. Po bitwie, niemieccy żołnierze w końcu mogli czymś się posilić. Kuchnia polowa wydawała suchy chleb i puszki z mięsem. Joachim chcąc uraczyć dowództwo i kolegów znalezionym winem, zabrał ich manierki. Jednak źródła nie zdradził, bo wiedział co by było, jakby cały batalion rzucił się na "kaukaski szampan". Kiedy przechodził obok punku sanitarnego, zaczepiła go jedna z poznanych kobiet, prosząc, aby wszedł z nią do środka i pełnił funkcję tłumacza. Poprosiła lekarza, czy ten nie pozwoliłby jej przenieść bliżej okopów rannych i zabitych żołnierzy, aby zostali zabrani przez sowiecką służbę sanitarną. Mimo że doktor nie miał nic przeciwko tak odważnej propozycji, to decyzja należała do dowódcy bronionego odcinka. Ceraficki zaprowadził ją do niego, sądząc, że będzie miał do w dupie. A jednak - przeliczył się, bo ten nie dość, że się zgodził, to jeszcze kazał mu iść z nią. Rosjanka widząca przerażenie na twarzy Joachima uspokoiła go mówiąc, że przebiorą go za ruską babę i nikt się nie skapnie, że to niemiecki żołnierz.
Po zapadnięciu zmroku ruszyli. Leżących na ziemi dało się dostrzec z około 30 m. Ceraficki miał na sobie coś w rodzaju obszernej peleryny, a na głowie furażerkę, na której zawiązał chustę z frędzlami. Zabrał ze sobą tylko granat. Kiedy mijał niemiecki okop, koledzy na jego widok wybuchnęli śmiechem. Zapewnienia Rosjanki niebezpiecznie się nie potwierdzały - "Co jeśli Sowieci zaczną strzelać?"  - pomyślał, ale ruszył przed siebie. Kobieta cały czas nawoływała po rosyjsku i czerkiesku żołnierzy sowieckich, żeby zabrali swoich rannych i zabitych kolegów. Po przeniesieniu koło trzydziestu, wrócili na pozycje niemieckie.

Łącznościowiec Wehrmachtu dźwigający na plecach sporej wielkości radio zimą 1943 r.
Źródło: https://c8.alamy.com/compde/cpj11j/deutschen-funker-an-der-ostfront-1943-cpj11j.jpg
Marzec 1943 r. Ceraficki o świcie zostaje obudzony potężną kanonadą. Zdziwiony, że jego chałupa nadal stoi, pobiegł do ziemianki dowódcy, żeby zameldować o wykonaniu nocnego zadania. Sowieci walili teraz dłużej niż 15 minut. Jakiś pocisk wybuchnął niedaleko Joachima, ale został on tylko przewalony kupą śmieci. Jednak po chwili Ceraficki czuje, że coś go uwiera w prawym podudziu. W tym czasie piechota wroga rozpoczęła swoje natarcie prosto pod lufy niemieckich karabinów maszynowych - czyli jak zawsze. Celowniczowie i tym razem byli niebywale skuteczni.
Z racji coraz większego bólu w nodze, Joachim informuje kolegę, że udaje się do punktu sanitarnego. Kiedy zdjął but i zakrwawioną skarpetkę, zauważył wystający, czarny, porowaty odłamek, który oparł się o kość podudzia, a dwa pozostałe tkwiły głębiej. Usunięcie ich trwało kilkanaście minut, a zastrzyk przeciwtężcowy bolał jeszcze bardziej niż samo wyciągnięcie. Po owinięciu nogi bandażem Joachim bez trudu założył but i wrócił do swojej chałupy. Po zameldowaniu u dowódcy, położył się.

Bohater artykułu - Joachim Ceraficki
Źródło: http://niezwykle.com/wp-content/uploads/2015/04/wasserpolacken.jpg
Połowa marca 1943 r. Pewnego dnia kwaterę 560. Bewährungsbataillonu odwiedził jego dowódca. Przyniósł papierowy i pytał jakie żołnierze mają potrzeby. Joachim zapytał, czy istnieją jakieś inne środki przeciw robactwu, gdyż te co używają, niesamowicie śmierdzą siarkowodorem i są skuteczne dopiero po obsypaniu się na grubość milimetra, co jest ciężkie do zniesienia. Kiedy wychodził, zawadził ramieniem o celowo powieszoną w tym miejscu zawszoną koszulę.
Zgodnie z zaleceniami batalionowego lekarza, Ceraficki chodził co drugi dzień na zmianę opatrunku. Jednak z czasem rany zaczęły się jątrzyć i musiał zmienić opatrunek codziennie. Po kilku dniach noga tak spuchła, że nie dało się założyć buta. Lekarz stwierdził, że w takich warunkach nie da rady doprowadzić nogi do stanu użytkowego i skierował Cerafickiego do szpitala polowego w Krymsku. Zawiózł go tam batalionowy kucharz. Na miejscu nogę oglądało trzech lekarzy. Po posmarowaniu powstałych wrzodów jakąś maścią, usztywnili dolną część nogi gipsem i owinęli bandażem. W końcu Joachim zostaje jednak poinformowany, że rano odwiozą go na lotnisko, a stamtąd odtransportują Junkersem Ju-52/3m do Kercza. Sugerowało to, że szpital zostanie ewakuowany. Dla Joachima była to bardzo dobra wiadomość, bo jakby leczył się na miejscu, szybko musiałby wrócić na front. Następne dni Ceraficki miał spędzić w szpitalach i sanatoriach, ale o tym w kolejnej części.

cz. 1 - https://www.dookolarzeszy.pl/2019/03/polak-w-suzbie-iii-rzeszy.html
cz. 3 - https://www.dookolarzeszy.pl/2019/09/polak-w-suzbie-iii-rzeszy-cz-3-na-tyach.html

1 komentarz: