12 czerwca 2019

Wojna o włókna - przegrani polityki przemysłowej III Rzeszy

W większości opracowań historycznych dotyczących III Rzeszy można znaleźć wiele informacji dotyczących przedsiębiorstw, które dzięki dojściu do władzy Adolfa Hitlera - przechodziły prawdziwy rozkwit, produkując na niespotykaną dotąd skalę rożne wyroby. Zapomina się jednak o przegranych polityki przemysłowej z połowy lat 30. i to zagadnienie chciałbym dziś poruszyć.

Nie ma wątpliwości, że przemysł zbrojeniowy, chemiczny czy hutniczy czerpały z dojścia Adolfa Hitlera do władzy, ile tylko mogły. Nawet sektor tekstylny można nazwać beneficjentem Führera, który w wyniku śmiałych posunięć polityki przemysłowej zgromadził wokół Nazistów niemałą grupę współpracującą, mającą swój udział w programie zbrojeń. Jednak nie pociągnęło to za sobą spektakularnych inwestycji, mimo że program wytwarzania włókien syntetycznych miał być kluczowy dla sporej części niemieckiego przemysłu.  Oprócz tego miał znaczenie w przemodelowaniu systemu zaopatrzenia ludności niemieckiej w odzież.
20 czerwca 1934 r. RWM napisał do dwóch głównych producentów włókien syntetycznych - IG Farben i Vereinigte Glanzstoff-Fabriken (VGF), które miało holenderskiego właściciela. Poinformowano ich, że "aktualny stan rezerw walutowych Rzeszy wymaga najbardziej skrajnych redukcji importu wełny i bawełny". Prawdę mówiąc, były to wymogi Hjalmara Schachta - prezesa Banku Rzeszy, który chciał odciąć głównego dostawcę tych włókien do Niemiec, czyli Stanów Zjednoczonych. W związku z tym, władze III Rzeszy zażyczyły sobie podwojenia produkcji sztucznego jedwabiu wiskozowego oraz zwiększenia wytworzenia tzw. włókna czesankowego do minimum 100 000 ton rocznie. Oba włókna były wytwarzane z celulozy roślinnej przy użyciu tych samych technologii chemicznych, a różniła ich przede wszystkim długość nici.

Siedziba Reichsbanku w Berlinie przy Jägerstraße 34, 1933 r. 
Źródło: https://www.bild.bundesarchiv.de/cross-search/search/_1560350282/?search[view]=detail&search[focus]=1
Jednakże - podobnie jak w przypadku ropy - problem tkwił w wahaniach światowych cen wełny i bawełny, które wtedy były dramatycznie niskie. Oczywiście dla IG Farben włókna syntetyczne były niszowym towarem, a zwiększenie ich produkcji zależało tylko i wyłącznie od opłacalności, krótko mówiąc wzbraniał się przed tą zmianą jak tylko mógł. Tymczasem, latem 1934 r. zainteresowanie tą wydawać by się mogło niezbyt istotną sprawą, sięgnęło szczytu. W sierpniu Adolf Hitler osobiście obejrzał próbki materiału utkanego z czesanki Vistra produkcji IG Farben i wyraził "najwyższą satysfakcję" z powodu jej jakości. W listopadzie 1934 r. w ramach roszad w Ministerstwie Gospodarki Rzeszy nadzór nad programem tekstylnym objął Wilhelm Keppler - osobisty doradca Hitlera ds. polityki gospodarczej, który tę gałąź przemysłu powierzył Hansowi Kehrlowi. Był to współwłaściciel małej fabryki włókienniczej w Cottbus, którą przejął po ojcu i - co istotne - członek NSDAP od 1933 r., a także doradca ekonomiczny Kurmaku (części Prus z Berlinem). Obaj panowie rozważali zastosowanie otwartego przymusu w podobnej postaci, jaki już dotknął zakłady Junkers czy spółkę paliwową Brabag. Jak na razie jednak Keppler chciał jakoś uspokoić IG Farben i bezpośredni nacisk na koncern o takiej wielkości nigdy tak na prawdę nie był poważną opcją. Zamiast tego Kehrl dostał upoważnienie do przechytrzenia istniejących producentów. Wykorzystując swoją sieć kontaktów w regionalnych elitach NSDAP, założył cztery "dobrowolne" syndykaty, po jednym dla każdego z głównych regionów produkcji tekstylnej: Nadrenii, Turyngii, Saksonii i Śląska. Ta czwórka przeznaczyła 4 000 000 marek na budowę nowej fabryki włókien syntetycznych o minimalnej zdolności syntetycznej na poziomie 7 000 ton rocznie każda, pokazując środkowy palec zarządowi IG Farben. Było jasne, że presja ze strony rządu odgrywała istotną rolę w przekazywaniu na ten cel dość pokaźnych sum. Wiele firm postrzegało swój udział jako sposób na zabieganie o względy lokalnych naczelników okręgu (Gauleiterów). Kolejnym motywem była nadzieja na zrekompensowanie restrykcji na importowane włókna naturalne poprzez zapewnienie sobie dostępu do produkowanych w kraju włókien syntetycznych. Z drugiej strony czołowi producenci tekstyliów m.in Dierig, z dużym zapałem uczestniczyli w tym przedsięwzięciu, widząc w sztucznym jedwabiu i włóknach czesankowych długoterminową alternatywę dla rynku, który przesycony był wyrobami z bawełny i wełny.

Siedziba główna IG Farben we Frankfurcie nad Menem; po likwidacji spółki w 2012 r., która działała od 87 lat budynek wykorzystywany jest przez Johann Wolfgang Goethe-Universität Frankfurt am Main
Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/IG_Farben_Building#/media/File:Poelzigbau2.jpg
Okazało się, że wbrew obawom IG Farben - nowe włókna syntetyczne o nazwie Flox cieszyły się w latach 30. dużą popularnością, a III Rzesza zrobiła wszystko co mogła, aby uczynić tę inwestycję jak najmniej ryzykowną. Na mocy zapisów Ustawy o Gwarancjach dla Rozbudowy Gospodarki Surowcowej Keppler dostał upoważnienie do dostarczenia nowym fabrykom włókien czesankowych niezbędnej ilości subsydiów. Rzesza gwarantowała też kredyt konsorcjalny udzielany pod nadzorem Dresdener Bank, a także dostarczała niezbędnego wsparcia technicznego w postaci dwóch najlepszych ekspertów zwerbowanych z...IG Farben. Postawiony przed faktami dokonanymi VGF ustąpił i zgodził się na finansowany przez państwo program rozbudowy. IG Farben natomiast nadal trzymał się swojego zdania żeby ograniczyć produkcje włókien syntetycznych do maksymalnie 30 000 ton rocznie i zachował niezależność. W 1936 r. Hans Kehrl mógł pochwalić się produkcją na poziomie 45 000 ton czesanki oraz ponad 50 000 ton sztucznego jedwabiu rocznie. Do 1937 r. udział w rynku produkowanych w III Rzeszy włókien syntetycznych podwoił się i wyniósł niemal 40%, co cieszyło wszystkie zaangażowane w ten sektor przedsiębiorstwa oprócz jednego - zgadnijcie którego.
Przykład VGF dotyka większego problemu, jak w III Rzeszy radziły sobie spółki zagranicznych właścicieli, choć oczywiście nie wszystkie. Prawdą jest, że zarówno w latach 20., jak i przed I wojną światową w Niemczech odnotowano znaczny wpływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Podczas II wojny światowej Amerykanie oceniali, że zaangażowano tam około 450 000 000 USD. Wartość wkładu Standard Oil w Deutsch-Amerikanische Petroleum Gesellschaft wynoszące prawie 65 000 000 USD i jego związek z IG Farben uczyniło tę największą amerykańską korporację najpoważniejszym udziałowcem w hitlerowskich Niemczech. Zaraz za nią był General Motors, który zainwestował w Opel AG 54 800 000 USD. Stosunkowo skromny był za to wkład Forda, bo miał wartość "tylko" 8 500 000 USD, podobnie jak udział IBM w jego niemieckiej spółce Dehomag. Innymi przykładami amerykańskich interesów idących w dziesiątki milinów dolarów, były Woolworths, Singer oraz ITT.

Hans Kehrl, który wytoczył "wojnę" IG Farben dotyczącą włókien syntetycznych; w 1936 r. wstąpił do SS; służbę zakończył w stopniu SS-Brigadeführera
Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/cc/Bundesarchiv_Bild_183-1998-0525-500%2C_Hans_Kehrl.jpg
Amerykanie nie byli jedynymi obcokrajowcami mającymi udziały w przemyśle III Rzeszy. Brytyjskie i holenderskie międzynarodowe korporacje, takie jak Anglo-Persian (BP) i Royal Dutsch Shell, miały bardzo duże udziały w niemieckim przemyśle rafineryjnym, a brytyjska firma oponiarska Dunlop dokonała znaczących inwestycji w niemieckim przemyśle gumowym. Kolejnym przykładem jest ARBED - luksemburski konglomerat przemysłu ciężkiego przeprowadzający interesy w węglu i fabrykach kabli Felten i Guilleaume. Wszystkie te wyżej wymienione przedsiębiorstwa, jak i wiele innych, na swój sposób były beneficjentami hitlerowskiego ożywienia gospodarczego, przy czym im dalej były oddalone od swoich głównych spółek-matek i ściślej współpracowały z władzami III Rzeszy, tym lepiej im się wiodło. Szczególne uznanie miał Ford w swojej fabryce w Kolonii ze skrajnie pronazistowskim zarządem, zaś Opel zyskał na nazistowskim boomie motoryzacyjnym więcej niż jakikolwiek inny producent samochodów.
Niemniej jednak nie można ignorować faktu, iż bezpośrednie inwestycje zagraniczne w III Rzeszy były niewielkie w porównaniu z miliardami, których nie było dla amerykańskich i europejskich banków i posiadaczy obligacji. W dodatku w kluczowej kwestii odsyłania do ojczyzny zainwestowanego kapitału czy osiągniętych zysków bezpośredni inwestorzy byli traktowani nie lepiej niż posiadacze innych niemieckich zagranicznych długów. Wszyscy podlegali tej samej kontroli, która umożliwiała zmianę marek na obcą walutę dopiero po potrąceniu sporego dyskonta. Doszło do tego, że DuPont z USA mający wkład w IG Farben zaoferował sprzedaż swoich udziałów wartych 3 000 000 USD za mniej niż 300 000 USD. Z kolei brytyjski ICI pozbył się akcji IG Farben dopiero po długich negocjacjach i zaakceptowaniu skomplikowanego procesu wymiany obejmującej udziały w szwajcarskiej filii tej niemieckiej spółki. W związku z tym wszystkim logiczne jest, że większość złapanych w pułapkę inwestorów w Niemczech wybrało mniejsze dla nich zło, czyli tkwienie na miejscu i reinwestowanie zarobionych zysków. Dotknęła ich ta sama logika, która stosowała się do niemieckich przedsiębiorców - skoro nie można dystrybuować zysków w zwykły sposób, trzeba przynajmniej osiągnąć porządną akumulację kapitału. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza