19 czerwca 2019

Pancerna pięść z III Rzeszy - Panzerfaust

Od czasu pierwszego użycia czołgów podczas I wojny światowej armie z różnych krajów świata zastanawiały się czym walczyć z tymi ruchomymi bunkrami. Z jednej strony rozwijano coraz lepsze pancerze, a z drugiej - próbowano stworzyć coś, co mogło by je przebić. Jednak przez długie lata jedyną skuteczną odpowiedzią na nowy rodzaj broni była artyleria oraz długie i nieporęczne karabiny przeciwpancerne. Dopiero z nadejściem II wojny światowej pojawiło się coś, co na zawsze miało zmienić sposób walki z czołgami - indywidualny granatnik przeciwpancerny.

(Nie)potrzebny wstęp
Zanim przejdę do sedna tematu, chciałbym przedstawić trochę zagadnień fizycznych, które będą dotyczyć ładunków kumulacyjnych, gdyż z takim mamy do czynienia w przypadku Panzerfausta. Jeśli ktoś jest fizykiem, temat jest mu znany, albo po prostu go to nie interesuje - może przejść do następnej sekcji.
Rozpowszechnienie i rozwój techniczny czołgów, a co za tym idzie - ich pancerza, spowodował niemały kryzys w broni przeciwpancernej piechoty. Szybko okazało się, że broń palna z pociskiem o działaniu kinetycznym nie wystarcza do zwalczania tych opancerzonych pojazdów, a skoro tak - to trzeba wymyślić coś innego. Naturalnym wyborem wydawały się środki wybuchowe, ale problemem był fakt, że przecież jakoś je trzeba umieścić i to najlepiej bezpośrednio na pancerzu, a kto będzie ryzykował podejście do czołgu? Niewielu. W związku z tym jak na razie nierozwiązywalnym problemem postawiono na miny przeciwpancerne, które wybuchały pod naciskiem kół nośnych czołgu. Mimo że skuteczne, to mało ekonomiczne, gdyż: po pierwsze - wymagały dużej ilości materiałów wybuchowych, po drugie - pracochłonne zapory czołgowe nie były gwarantem, że czołg na nie wjedzie, a po trzecie - takie zapory stawiali saperzy, więc piechota mogła sobie co najwyżej popatrzeć, nadal nie mając z nich wielkiego pożytku bez pomocy z zewnątrz.

Żołnierz z Dywizji Grenadierów Pancernych "Grossdeutschland" przygotowuje się do strzału z Panzerfausta 60 
Źródło: https://www.atlantikwallmuseum.nl/wp-content/uploads/Grossdeutschland-Soldier-Panzerfaust-px800.jpg
Przez pewien czas skutecznie wykorzystywano do zwalczania czołgów butelki z mieszanką zapalającą, które tłukąc się o pancerz, pokrywały pojazd ogniem. Takie metody były stosowane już podczas I wojny światowej, ale szybko przyćmiły je karabiny przeciwpancerne. Do łask powróciły w 1936 r. w czasie wojny domowej w Hiszpanii i 3 lata później w Finlandii podczas Wojny Zimowej, gdzie używali ich Rosjanie. Wtedy właśnie powstała nazwa "koktajl dla Mołotowa" wymyślona przez Finów, skrócona w relacjach prasowych do "koktajlu Mołotowa", którą używa się do dziś.
Mniej więcej w tym samym czasie wojsko zaczęło eksperymentować z innym zjawiskiem dotyczącym materiałów wybuchowym - efektem kumulacyjnym. W dużym uproszczeniu działanie ładunku kumulacyjnego polega na tym, że w momencie detonacji w zagłębieniu w górnej części materiału wybuchowego ogniskuje się strumień gazów, który zamiast działać na całą powierzchnię pancerza, uderza znacznie silniej w jeden punkt. Energia strumienia jest tak duża, że płyta pancerna staje się w tym miejscu plastyczna i jeżeli nie jest wystarczająco gruba, strumień gazów tworzy w niej otwór, a raczej drąży, choć nie przepala jak sądzą niektórzy. Mimo że detonacji towarzyszy trochę ognia i jest ona dość widowiskowa, to powstający w niej wyniku strumień kumulacyjny działa przede wszystkim olbrzymim ciśnieniem. Ale to nie wszystko! Jego działanie można wzmocnić, wykładając wewnętrzną powierzchnię wydrążenia w ładunku wkładką kumulacyjną pod postacią metalowego stożka. Resztki zapadającej się po uderzeniu fali wybuchowej wkładki tworzą bardzo szybki (nawet 9 km/s) wydłużony strumień metalowych cząstek, które drążą otwórz w pancerzu pod wpływem olbrzymiego ciśnienia. Im bardziej prostopadle uderza strumień, tym głębiej wnika, i tym grubszy pancerz jest zdolny przebić. Wraz z zagłębianiem się strumień ten stopniowo traci energię. Od tego, ile jej pozostanie po przebiciu zależy skuteczność działania na trafiony pojazd. U wylotu kanału drążonego w pancerzu tworzą się bańki stali, które pękają w momencie przebicia, zmieniając się w grad małych i bardzo ostrych odłamków, rażących załogę i przedmioty umieszczone pod pancerzem. Jeśli pancerz nie jest na tyle gruby, aby wyhamować energię strumienia drążącego, to także jego cząstki będą działać wewnątrz, powiększając liczbę odłamków do przesadnej wartości. 
Świat poznał efekty takiej broni 11 maja 1940 r., kiedy niemieccy spadochroniarze zdobyli belgijską twierdzę Eben-Emael właśnie za pomocą ładunków kumulacyjnych. Czołgom, które w tym czasie stały się już praktycznie niewrażliwe na ostrzał z karabinów przeciwpancernych, wyrósł nowy, śmiertelnie niebezpieczny przeciwnik.

Tłoczona z grubej blachy nakładka na ogon granatu do Panzerfausta, która zabezpiecza drewniany trzon przed spaleniem przez gorące gazy wylotowe
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Jak to przenosić?
Pierwotnie saperskie ładunki kumulacyjne użyte w Belgii nie nadawały się za bardzo do niszczenia celów szybszych niż stojąca twierdza albo bunkier. Niemiecka artyleria poradziła sobie z tym problemem jako pierwsza tworzą granaty przeciwpancerne kalibru 75, 88 i 150 mm z ładunkiem kumulacyjnym stworzonym jeszcze przed II wojną światową. Nie cieszyły się one jednak popularnością, gdyż wirowa stabilizacja pocisku wystrzelonego z bruzdowanej lufy powodowała rozproszenie strumienia kumulacyjnego, osłabiając jego działanie. Na marginesie - jak już jesteśmy przy terminie "lufa bruzdowana", to proszę pamiętać, że jest to jedyna poprawna forma określająca sposób wykonania wgłębień w lufie. Nazwa "lufa gwintowana" jest błędem. Gwint to jest w śrubach, a w lufie są bruzdy. To tak jakby porównywać samolot do krzesła - inna budowa oraz inne przeznaczenie. Występują bronie, która mają lufę gwintowaną. Są to strzelby, które posiadają wymienne części montowane u wylotu lufy, tzw. czoki. Zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne trzymają się za pomocą gwintu, więc można w tym wypadku mówić o "lufie gwintowanej częściowo", gdyż ogólnie strzelby posiadają lufy wewnętrznie gładkie.

Granat od Pzf. 30 (klein)
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Wracając do tematu - aby ograniczyć prędkość obrotową, zmniejszono prędkość wylotową, co spowodowało, że teraz pociski miały znacznie bardziej stromy tor lotu. Były więc bardziej podatne na błędy celowniczego w ocenie odległości, a na domiar złego - zmniejsza prędkość obrotowa skutkowała gorszą stabilizacją i większym rozrzutem. Do końca wojny niemieccy artylerzyści i czołgiści polegali więc bardziej na pociskach rdzeniowych, podkalibrowych, które były celniejsze. Dodatkowo, wprowadzenie długolufowych armat kalibru 75 i 88 mm wyrównało zdolność przebijania pancerza klasycznymi pociskami, zapewniając przy tym bardzo dobrą celność. Nowatorską amunicję docenili tylko ci, którzy nie mieli wyboru - artyleria polowa ze swoimi działami 7,5 cm le.IG 18 i 15 cm sIG 33. Oba strzelały na co dzień stromotorowo, więc inny sposób użycia amunicji kumulacyjnej nie sprawiał im większego problemu, a wręcz przeciwnie - dał im wreszcie skuteczną obronę przed czołgami, które dotąd bezkarnie rozjeżdżały ich stanowiska. 
Głowice kumulacyjne stały się także orężem niszczycieli czołgów, tzw. Panzernacker - żołnierzy, którzy środkami walki piechoty niszczyli wrogie pojazdy pancerne. Ich arsenał był początkowo bardzo prymitywny, a niszczenie czołgów wiązało się z ogromną odwagą i ryzykiem. Trzeba było podejść bezpośrednio do maszyny, podłożyć wiązkę granatów, minę przeciwpancerną z wkręconym zapalnikiem od ręcznego granatu, rzucić butelką zapalającą często pod postacią kanistra z benzyną z granatem dymnym jako zapalnikiem no i uciekać. Od połowy 1942 r. ich arsenał powiększył się o przeciwpancerne granaty ręczne z głowicą kumulacyjną Panzerwurfmine 1 kg Luftwaffe (PWM 1/L) i Panzerwurfmine 1 kg Luftwaffe kurz (PWM 1/L k), a także magnetyczne miny kumulacyjne Panzerhandmine 3 kg (PHM 3), Panzerhandmine 4 kg (PHM 4), Hafthohlladung 3 kg (Haft. Hl. 3) i ulepszony Hafthohlladung 3,5 kg (Haft. Hl. 3,5).

Poglądowy model Faustpatrone 42
Źródło: https://vignette.wikia.nocookie.net/fhsw/images/e/e9/Faustpatrone.jpg/revision/latest?cb=20170414220554
Rola Panzernackera stała się tak naprawdę przydatna dopiero podczas kampanii rosyjskiej, o czym świadczy wprowadzona 21 lipca 1941 r. odznaka za zniszczenie czołgu indywidualnymi środkami walki - Sonderabzeichen für das Niederkämpfen von Panzerkampfwagen durch Einzelkämpfer, w skrócie: Panzervernichtungsabzeichen. Był to naszywany na rękaw munduru srebrny pasek z czarną sylwetką czołgu. Uprzednio z atakami nielicznych, lekkich i słabo opancerzonych czołgów radziła sobie artyleria polowa i przeciwpancerna piechoty. Tymczasem w Rosji lepiej opancerzone czołgi atakowały już nie parami i plutonami, jak we Francji, ale całymi pułkami i korpusami. Masowe zastępowanie niszczonych w tysiącach przez Niemców przestarzałych T-26 i BT o wiele nowszymi i lepszymi KW-1, KW-2 i T-34/76 - które nota bene też będą niszczone w tysiącach - wysłało w niebyt większość dotychczasowych środków obrony przeciwpancernej - ostateczny ciężar obrony przed pancernymi natarciami spoczął w znacznie większym stopniu niż dotychczas na piechocie. 
Oprócz wyżej wymienionych granatów różnego typu Panzernackerzy mieli jeszcze do dyspozycji granaty karabinowe wystrzeliwane z nakładki montowanej na Kar98k i GrB 39. Szybko okazało się, że jest to najbezpieczniejsza i najskuteczniejsza dla użytkownika broń przeciwpancerna piechoty, ale równie szybko granaty te stały się niewystarczające wobec rosnącej liczby czołgów nieprzyjaciela. Próbowano jakoś temu zaradzić, powiększając głowicę granatu nasadkowego oraz zasięg strzału, jednak i tu były granice, trzeba było znaleźć lepsze rozwiązanie.

Tych, którzy przeżyli zniszczenie czołgu czekała nagroda, czyli Odznaka za Samodzielne Zniszczenie Czołgu - Panzervernichtungsabzeichen; jak widać niektórzy lubili je kolekcjonować
Źródło: https://archive.is/cGd6U/6514cea5e432cf021f43834ca9d0a58bdb0cf239.jpg
Faustpatrone 42
Coraz gorsza sytuacja obrony przeciwpancernej na Froncie Wschodnim spowodowała, że w kwietniu 1942 r. Heereswaffenamt (HWA) rozesłał do kilku przedsiębiorstw zapytanie ofertowe na stworzenie całkowicie nowej broni przeciwpancernej dla piechoty, która strzelałaby głowicą kumulacyjną większą niż granat karabinowy Gew.Pz.Gr.61, a jej zasięg miał wynosić minimum 30 m. Kolejnym wymogiem było to, że mają to zrobić szybko. Niewiele wiadomo o innych zgłoszonych projektach, ale HWA ostatecznie wybrał do dalszego rozwoju propozycję firmy Hugo Schneider AG (Hasag) z Lipska, którą nazwano Faustpatrone - dosłownie tłumacząc "nabój pięściowy". Pomysłodawcą owej konstrukcji był dr Heinrich Langweiler.
Pierwotny Faustpatrone 42 (Fpatr. 42 lub FP.42) był jednorazową, ręczną, bezodrzutową wyrzutnią granatu kumulacyjnego, bardzo prostą w konstrukcji, produkcji i użytkowaniu. Całość była kompaktowa, mierzyła tylko 350 mm z granatem o średnicy 80 mm i ważyła 1 kg w stanie gotowym do użytku. Ładunek miotający 30 g prochu czarnego wyrzucał granat na odległość 60 m, czyli dwukrotnie większą niż zakładał HWA, ale trafić cokolwiek na taki dystans było loterią. Pocisk był stabilizowany wirowo, opuszczając rurę wyrzutni nabierał prędkości obrotowej za sprawą skręconej prowadnicy, która działała na występ prowadzący granatu. Dysza wylotowa miała wytłoczone ślimakowe prowadnice z dyszami gazowymi, a wydobywające się z nich gazy nadawały wyrzutni także ruch obrotowy, ale w przeciwnym kierunku, co równoważyło przeciwstawne momenty obrotowe wyrzutni i granatu.

Dr Heinrich Langweiler prezentuje właściwy sposób strzelania z Faustpatrone 42 - nie ma się co dziwić, że celność tej broni była bardzo umowna
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Jak już wspomniałem, problem tkwił w celności, która chyba nie była brana w ogóle pod uwagę. Dlaczego? Już wyjaśniam. Po pierwsze - jeśli strumień kumulacyjny miał być skuteczny, to prędkość obrotowa musiała być minimalna, a po drugie, o wiele ważniejsze - krótka rura wprawdzie była bardzo mobilna, ale niezmiernie utrudniała celowanie. Sama natura tego miotacza, stanowiącego kieszonkowe działo bezodrzutowe, emitujące z tyłu rury silny strumień płonących gazów, równoważący gazodynamiczny odrzut i moment żyroskopowy odpalenia pocisku, zmuszała do strzelania z rurą umieszczoną w wyciągniętej w bok ręce, a nie centralnie, co przez efekt paralaksy - dodatkowo utrudniało celowanie. Na domiar złego, próby wykazały, iż zbyt krótka lufa nie chroni strzelca przed co najmniej opaleniem oporządzenia, nie wspominając o poparzeniach gazami, co skutecznie zniechęcało do użycia FP. 42.

Poprawki nr 1 i nr 2
W listopadzie 1942 r. dr Langweiler zaprezentował nową wersję Faustpatrone, która z pierwotną postacią, oprócz nazwy, miała niewiele wspólnego. Przede wszystkim cienką, milimetrowej długości, krótką rurę FP.42 o średnicy 28 mm zastąpiła nowa, o dwukrotnie grubszych ściankach, średnicy 33 mm i prawie trzy razy dłuższa, zaopatrzona w rozkładany przed strzałem celownik. Na górze tej rury zamontowano całkowicie przeprojektowany mechanizm spustowo-uderzeniowy w równoległej do zasadniczej rury rurce mniejszej średnicy. Wewnątrz znajdował się napędzany spiralną sprężyną bijnik, którego iglica nakłuwała spłonkę specjalnego naboju zapłonowego, a płomień z tego naboju przedostawał się przez otwór zapałowy do komory głównego ładunku miotającego pod postacią 56 g czarnego prochu. Jego spalanie wyrzucało granat w jedną stronę, a w drugą - porcję gorących gazów prochowych, równoważących odrzut.

Żołnierz Luftwaffe pokazuje sekwencję czynności koniecznych do odpalenia Faustpatrone 1 (kl.) - po uzbrojeniu granatu głowicę należy wkręcić na miejsce, dopiero po tej czynności można wyjąć zawleczkę i postawić ramkę celownika, następnie napiąć bijnik, odbezpieczyć, wycelować i oddać strzał
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Przed strzałem należało uzbroić granat. Z uwagi na inercyjne działanie zapalnika obawiano się transportu broni w stanie uzbrojonym i umieszczano go wraz z detonatorem w granatach dopiero na polu walki. Niemieccy żołnierze byli przyzwyczajani do takiego rozwiązania, bo tak też działy ich granaty ręczne. W celu uzbrojenia nowego Faustpatrone należało wykręcić głowicę połączoną gwintem z ogonem stabilizatora (podobnie jak w granatach ręcznych Stielhandgranate 24 i 24/39), aby umieścić detonator (kl.Zdldg.34) i bezwładnikowy zapalnik (FPZ 8001 - Faustpantronenzünder 8001). W Faustpatrone 1 wkładano je do gniazda w ogonie granatu, a w Faustpatrone gniazdo przeniesiono do wnętrza głowicy. Zapalnik zabezpieczał głowicę na odcinku pierwszych 5 m lotu - w tym czasie bezwładnik z tuleją zabezpieczającą były odrzucane do tyłu, tuleja zsuwała się z bezwładnika osłaniając grot iglicy. W momencie zatrzymania głowicy w wyniku trafienia w cel, bezwładnik uderzał w spłonkę  zapalnika. Płomień spłonki przepalał bibułkową membranę detonatora i powodował odpalenie wypełniającego go ładunku inicjującego z pentrytu, warunkującego wybuch głównego ładunku głowicy, który stanowiło 800 g heksolitu - mieszaniny trotylu i heksogenu w stosunku 46:54, 50:50 lub 60:40. Bez detonatora mieszanka ta by się po prostu spaliła, a nie wybuchła. W celu wystrzelenia uzbrojonego granatu należało po pierwsze wyjąć zawleczkę mocującą złożony celownik, który w tej pozycji podpierał bijnik, uniemożliwiając jego napięcie i przypadkowe odpalenie. Po tamtej czynności, kciukiem pchało się do przodu trzpień wystający z tyłu obudowy mechanizmu spustowo-uderzeniowego, napinając bijnik. Kiedy ten był już napięty, z przodu obudowy odskakiwał w górę przycisk spustowy. Napięty bijnik był jednak nadal zabezpieczony przez występ napinający trzpienia. Żeby go odbezpieczyć, trzeba było obrócić trzpień w lewo.

Mała Greta gotowa do strzału - widoczny uniesiony przycisk startowy za zawiasem celownika i obrócone w lewo skrzydełko bezpiecznika; nie ma się co dziwić, że przy pozorowanym zdjęciu ręka żołnierza Luftwaffe jest daleko od spustu 
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Długą rurę było trudniej przenosić, ale łatwiej się z niej strzelało - szczególnie, że tym razem płomień nie mógł spalić strzelcowi pleców. Chyba, że stanie przy ścianie - to ograniczenie użyteczności bezodrzutowych granatników przeciwpancernych w pomieszczeniach zamkniętych jest ich największa i jak dotąd jeszcze nie do końca rozwiązywalną wadą. Instrukcja Faustpatrone 1 ostrzegała, iż płomień wylotowy jest groźny dla osób znajdujących się do 10 m wylotu rury, a strzelec ryzykował poważne obrażenia, a nawet śmierć, stając bliżej niż 2 m od ściany. Długość rury pozwalała zachować większą kontrolę nad kierunkiem, w którym broń była skierowana, co od razu poprawiło celność. Można z niej było strzelać zarzucając na ramię lub przy większych kątach podniesienia - spod pachy. Kolejnym czynnikiem, który żołnierze przyjęli z entuzjazmem, było odejście od stabilizacji wirowej na rzecz stabilizacji brzechwowej. Poprawiało to znacznie celność w porównaniu do poprzedniej wersji Faustpatrone. Od teraz tylna część granatu (ogon), przed strzałem schowana wewnątrz rury, była zaopatrzona w cztery przynitowane prostokątne płatki blachy, stanowiące brzechwy (lotki) stabilizujące granat w locie. Wewnątrz rury brzechwy były zwinięte wokół drewnianego uchwytu trzonu pocisku, zamkniętego do tyłu tłoczonym z grubej blachy kapslem, na który napierały gazy. Po opuszczeniu rury brzechwy otwierały się siłą własnej sprężystości i cały pocisk wraz z ogonem leciał dość stromą parabolą ku celowi.

Szczegółowy obraz Pzf. 30 (klein) oraz jego granatu
Źródło: http://www.warrelics.eu/forum/attachments/restoration-refurbishing/175785d1296737327-restoration-panzerfaust-p5.jpg
Zmiany przeszedł także sam granat, którego ładunek powiększono, zwiększając maksymalną zdolność przebijania pancerza do 140 mm, a nawet do 160 mm przy trafieniu pod kątem 90°. Średnica pocisku wzrosła niewiele, bo o 15 mm i wynosiła 95 mm. Większą przebijalność dało powiększenie ładunku i rezygnacja ze stabilizacji wirowej. Wzrosła także masa granatu, która teraz wynosiła 1,47 kg (w tym 800 g materiału wybuchowego) i sprawiła, że prędkość wylotowa pozostała bez zmian mimo zwiększenia ładunku oscylując w granicach 25-28 m/s. Lepsze opracowanie aerodynamiczne głowicy sprawiło, że maksymalny zasięg wzrósł do 70 m, przy czym zalecaną (i jedyną uwzględnioną przez celownik) odległością celnego strzału było 30 m. Cała wyrzutnia w stanie bojowym ważyła 3,3 kg. 

Scena montażu głowicy Faustpatrone 2 lub jak kto woli - Panzerfaust 30 (gr.), pokazuje odmienny podział technologiczny granatu - warto porównać to zdjęcie ze wcześniejszą sceną przygotowania do strzału Faustpatrone 1 - Panzerfausta 30 (kl.)
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Jednocześnie z udoskonalonym modelem Faustpatrone powstała kolejna wersja tej broni, ze znacznie potężniejszą głowicą, zaadoptowaną z używanej dotąd przez Panzernackerów ręcznej miny kumulacyjnej Hafthohlladung 3 kg (Haft. Hl. 3). Nowy granat do Faustpatrone był już o wiele większy od obu poprzednich i ważył 3,06 kg (z czego 1,59 kg samego ładunku z heksolitu), miał 150 mm średnicy i 495 mm długości. Granat takich rozmiarów wymagał znacznie większego ładunku prochowego (95 g prochu czarnego), aby utrzymać zasięg celnego strzału na poziomie chociaż tych 30 m. To z kolei wymagało rury o średnicy 44 mm. Wszystkie zmiany razem wzięte spowodowały, że nowy Faustpatrone ważył 5,1 kg, ale był w stanie przebić nawet 200 mm pancernej stali - żaden aliancki czołg w roku 1942 r. nie stanowił dla niego problemu. 
Równoległy rozwój obu wyrzutni trwał do marca 1943 r. Wtedy to na poligonie w Kummersdorf oba typy zaprezentowano kierownictwu HWA, Wehrmachtu i III Rzeszy. Wraz z nowymi niemieckimi granatnikami bezodrzutowymi pokazano także zdobytą w Afryce Północnej amerykańską pancerzownicę rakietową Bazooka M1 i czynniki decyzyjne miały nie lada wyzwanie. Faustpatrony były proste, niemieckie i już gotowe do produkcji, za to były jednorazowego użytku i jeśli chciano oddać więcej niż jeden strzał, trzeba było taszczyć za sobą kilka trzy- lub pięciokilogramowych wyrzutni o długości metra z kawałkiem, które po wystrzeleniu stawały się bezużyteczne. Amerykańską Bazookę M1 trzeba było dopiero skopiować, ale za to znacznie ułatwiała ona sprawę wielokrotnych strzałów, stanowiąc broń wielorazowego użytku, ładowano ją w polu nabojami o znacznie mniejszej masie i rozmiarze niż w konstrukcji Niemców. 

Tym razem pozujący do zdjęcia na prawdę zabiera się do oddania strzału, a świadczy o tym kciuk spoczywający na spuście Pzf. 30 (gr.)
Źródło: https://swidnica24.pl/2013/11/kompletny-panzerfaust-w-stawie/
Panzerfaust 30 
Nie mogąc się zdecydować, padła decyzja, że rozwijany będzie zarówno Faustpatrone, jak i wyrzutnia rakietowa, wzorowana na Bazooce M1. Tymczasem jednak do prób frontowych zamówiono po 3 000 dużych i małych FP. Wyniki były łatwe do przewidzenia, przyszłe zamówienia na Faustpatrone znacznie ograniczono, zaś front był gotów przyjąć każdą liczbę dużych FP. Produkcja z sierpnia 1943 r. - pierwszego miesiąca wytwarzania nowej broni - jasno odzwierciedlała tę dysproporcję: HWA odebrał z Lipska tylko 500 FP. z granatem 95 mm i aż 6 800 FP. z granatem 150 mm. We wrześniu wysłano je na front, zaopatrzone w pierwszą instrukcję obsługi, która wprowadzała nowe nazwy: Faustpatrone 1 dla wersji z granatem mniejszym i Faustpatrone 2 dla większego modelu. W październiku 1943 r. HWA zamówił u Hugo Schneider AG docelową dostawę 100 000 sztuk FP.1 i 200 000 sztuk FP.2 - uwaga - miesięcznie! Minął ponad rok, zanim zakład z Lipska osiągnął takie wartości, ale i tak szła w dziesiątki tysięcy. 

W związku ze znacznym kątem podniesienia koniecznym do strzału na 30 m i wysoko umieszczonego okienka celownika, strzelający z Pzf.30 zazwyczaj składali się do strzału z granatnikiem pod pachą
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
W tym samym okresie Faustpatrone doczekał się nowej, bardziej chwytliwej propagandowo i "bojowo" brzmiącej nazwy - Panzerfaust (w skrócie Pzf). Znaczyło to "pięść na czołgi" lub "pancerna pięść", co (pewnie niewiele osób wie) stanowiło nawiązanie do "eiserne Faust" - żelaznej pięści, czyli protezy ręki, wykonanej dla bohatera sztuki Goethego "Götz von Berlichingen", która to z kolei dała nazwę dla 17. Dywizji Grenadierów Pancernych SS powstałej jesienią 1943 r. Całości tej otoczki ze zmianą nazwy towarzyszył sugestywny obraz pięści w stalowej rękawicy rozbijającej T-34, który po raz pierwszy wraz z nową nazwą nazwą pojawił się w instrukcjach początkiem 1944 r. Do nazwy dodano "klein" dla wersji z mniejszą głowicą i "groß" dla większej. Niedługo później, na przełomie marca i kwietnia 1944 r. produkcję Pzf(kl.) zatrzymano całkowicie na rzecz Pzf(gr.), a pojawienie się prototypów kolejnej wersji o zwiększonym zasięgu sprawiło, że miała miejsce kolejna zmiana - tym razem do nazwy Panzerfaust dodano jego zasięg w metrach. Odtąd broń była znana jako Panzerfaust 30 (klein) i 30 (groß) - choć w korespondencji do końca wojny zdarzało się, że używano starej nazwy "Faustpatrone" dla wszystkich konstrukcji tego typu. 

Porównanie wyglądów i rozmiarów Panzerfausta 30 (klein) na górze oraz Panzerfausta 30 (groß) na dole oraz ich granatów
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Wśród niemieckich żołnierzy Pzf. 30 (kl.) nosił wśród żołnierzy przezwisko "Gretschen" - mała Greta, od imienia popularnej bohaterki rysunków w pismach ilustrowanych, jednej z wielu komiksowych postaci stworzonych na użytek rysunkowej, często nawet bardzo udanej i trafiającej do przekonania propagandy wizualnej. 
Hugo Schneider AG cały czas rozwijał swoją broń i powstawały kolejne prototypy, zaopatrzone w głowicę z ładunkami innego działania, niż tylko przeciwpancerne. Pod koniec 1943 r. prowadzono prace nad: 
  • głowicą odłamkową z zapalnikiem czasowym, umożliwiającym detonację w powietrzu, nad okopem przeciwnika 
  • głowicą zapalającą, rozrzucającą po wybuchu ładunki zapalające w promieniu 20 m 
  • głowicą dymną
  • nową wyrzutnią, umożliwiającą wystrzeliwanie granatu podobnego jak Pzf 30 (gr.) - ale na dwa razy większą odległość 
  • urządzeniem odpalającym do strzelania salwami, łączącymi 16 Panzerfaustów tworząc namiastkę Katiuszy.
Jak pokazuje to zdjęcie z lutego 1945 r. wykonane nad Odrą - aż do ostatnich chwil zużywano zapasy Pzf. 30 (gr.), które nie produkowano już od jesieni 1944 r. 
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Panzerfaust 60
W wyniku doświadczeń użytkowania "trzydziestki" na froncie, HWA zestawił listę wad nowej broni, które Hasag miał usunąć jak najszybciej. Na czele tej listy był skuteczny zasięg strzału ograniczony do 30 m. Było to i tak lepszym wynikiem, niż zasięg dotychczasowych indywidualnych środków obrony przeciwpancernej, jednak rzut butelką czy wiązką granatów nie robił tyle dymu i hałasu, demaskując stanowisko strzelca, co strzał z Panzerfausta. Jeżeli zaatakowanemu czołgowi towarzyszyła piechota lub inne pojazdy pancerne, szanse strzelca na przeżycie drastycznie spadały, szczególnie, że z takiej odległości nie było czasu na poprawienie nietrafionego strzału.
Problemem było także urządzenie spustowo-uderzeniowe pierwotnego Panzerfausta, a szczególnie umieszczony ładunek zapłonowy w jego obudowie. Zapłonowi towarzyszyły przedmuchy gazów, które przez kanał zapłonowy przedostawały się z wyrzutni do obudowy i parzyły strzelca. Poza tym spust Pzf. 30 był pojedynczego działania, przed strzałem należało napiąć i odbezpieczyć bijnik, a zaskakująco wielu strzelców o tym zapominało tracąc cenne sekundy na przeklinanie "dlaczego ta cholerna gruszka nie leci?!". Problemy stwarzało także gwintowe połączenie głowicy granatu z ogonem. Gwint spowalniał uzbrajanie granatu, a na domiar złego - czasami się zacierał. W stresie nierzadko dochodziło do nieprecyzyjnego zestawienia skręcanych elementów, albo do gwintu dostawała się ziemia wyrzucona wybuchami pocisków. W kolejnej wersji Panzerfausta gwint został zastąpiony blaszanym kołnierzem, zapinanym na kołku, który wystawał z bocznej powierzchni głowicy. Po jego rozpięciu głowicę granatu wyciągało się w przód z ogona, w celu mieszczenia w niej detonatora i zapalnika.

Panzerfaust 60 w całej okazałości
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Zasięg miotania granatu (sam granat już w sumie do końca wojny nie ulegał zasadniczym zmianom w konstrukcji) zwiększono w najprostszy możliwy sposób - przez zwiększenie ładunku miotającego do 140 g czarnego prochu. Prędkość początkowa wynosiła teraz 48 m/s, a zasięg celnego strzału został podwojony - z 30 na 60 m. Znacznie większe ciśnienie wymusiło pogrubienie ścianek rury z 2 do 3 mm i zwiększenia jej średnicy do 50 mm, a masa całkowita przybrała kilogram więcej (6,1 kg). Wzrosła także wymagana dla bezpieczeństwa strzelca odległość od przeszkody za wylotem lufy, która teraz wynosiła 3 m.
Tor lotu pozostał dla maksymalnej odległości równie stromy, co wymagało umieszczenia na celowniku oddzielnego okienka do celowania na 30 m. Wycięto na nim także trzecie okno, do strzelania na aż 80 m, choć celność na ten dystans spadała tak bardzo, że nie warto było marnować amunicji - raport z 1944 r. oceniał celność strzałów z 60 m na 75-80%, a na 80 m - już tylko na 25-30%). Zasadnicza odległość celowania była na celowniku wyraźnie podkreślona: okienko celowania na 60 m, jak i sama liczba "60" są większe od pozostałych. W celowniku Pzf. 30 okienko miało kształt przewężonej w środku klepsydry - zestawiało się ją z widoczną w okienku krzywizną górnej krawędzi głowicy granatu i jeśli krawędź ta łączyła dzioby klepsydry, obraz przyrządów celowniczych był prawidłowy. Nowy celownik miał okienka prostokątne z wyciętą na środku w dolnej krawędzi trójkątną szczerbiną. Na górnej krawędzi granatu pojawiła się stożkowa muszka, było to możliwe dopiero teraz, gdy głowica nie była wkręcana i jej położenie było jednoznacznie ustalone.

Dźwignia spustowa, bezpiecznik i celownik Panzerfausta 60 i 100 - te zespoły były na tyle identyczne, że wiele Pzf 100 ma zamontowane stare celowniki; różnica w torze lotu wynikała z większej prędkości początkowej granatu, a nie rozmieszczenia okienek celownika
Źródło: https://static.turbosquid.com/Preview/2015/12/12__11_42_03/Panzerfaust_01.jpg04a67aaf-31b7-488c-b001-89754e22d074Original.jpg
Całkowitej przebudowie uległ mechanizm spustowo-uderzeniowy, wyposażony obecnie w spust DAO - Double Action Only, czyli kurek napinany wyłącznie przez spust po każdym strzale. W nowym Pzf. 60 dotychczasowy guzik do zwalniania napiętego bijnika zastąpiła długa blaszana dźwignia, wewnątrz której umieszczono płaską sprężynę z iglicą. Wciśnięcie dźwigni (zgodnie z instrukcją czterema palcami przy strzelaniu z ramienia, kciukiem przy strzelaniu spod pachy) unosiło i po napięciu zwalniało iglicę, a ta uderzała pionowo w dół w spłonkę naboju bocznego zapłonu osadzonego bezpośrednio w otworze zapałowym. Całość zabezpieczona była przesuwnym blaszanym bezpiecznikiem, który unieruchamiał dźwignię spustową. Dodatkowe zabezpieczenie stanowił celownik - w położeniu zamkniętym podpierał koniec dźwigni spustowej i blokował bezpiecznik mechanizmu spustowego.
Aby wystrzelić z nowej wersji Panzerfausta należało uzbroić granat, wyjąć zawleczkę mocującą celownik, unieść go do położenia bojowego, wysunąć w przód bezpiecznik i wcisnąć dźwignię spustową. Pzf. 60 miał z początku taki sam zapalnik bezwładnikowy FPZ 8001, co Pzf. 30, ale po kilku miesiącach zmieniono go na ulepszony FPZ 8002. Nadal jednak nie gwarantował on bezpieczeństwa w transporcie i musiał być montowany w granacie przed odpaleniem.

Przyrządy celownicze Pzf. 60 - stożkowa muszka na brzegu górnej powierzchni głowicy granatu i rozkładany blaszany celownik z okienkami do celowania na 30, 60 i 80 m; na tym zdjęciu dobrze widać, że okienko oraz znajdująca się pod nim cyfra "60" są wyraźnie większe od reszty
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Panzerfaust 100
Uproszczenie procedury odpalania pocisku zostało bardzo dobrze przyjęte na froncie, ale 60 m to nadal była odległość nie gwarantująca bezpieczeństwa strzelcowi. Wojsko postulowało o dalsze udoskonalenia Panzerfausta tak, aby można je było przywozić z fabryki gotowe do użycia. Już we wrześniu 1944 r., tylko trzy miesiące po rozpoczęciu produkcji Pzf. 60, do uzbrojenia przyjęto kolejny wariant - Panzerfaust 100, wytwarzany masowo od listopada, gdy zakończono produkcję Pzf. 30 (gr.). Wyglądem zewnętrznym nie różnił się on prawie w ogóle od Pzf. 60 i na zdjęciach są one trudne do odróżnienia, o ile nie widać dokładnie naklejki na głowicy ze skróconą instrukcją obsługi, podającej w pierwszym wierszu oznaczenia wersji granatu. Oprócz tego jedynymi zewnętrznymi różnicami są zmienione liczby na celowniku, odmienny blaszany zatrzask łączący głowicę z ogonem granatu i przesunięty wkręt mocujący ładunek miotający. Nowy celownik był identyczny w konstrukcji i wymiarach jak w "sześćdziesiątce", zmienił się tylko opis: dolne okienko nadal służyło do strzelania na 50 m, główne na 80 m, a górne na optymistyczne 150 m. Zaskakująco wiele ocalałych Pzf. 100 ma jednak zamontowane stare celowniki z Pzf. 60, zapewne używane w początkowym okresie do zużycia starych zapasów. Zatrzask łączący głowicę i stabilizator był w Pzf. 60 mocowany poprzecznie do osi symetrii granatu, a w Pzf. 100 - umieszczono go wzdłuż. Wkręt mocujący ładunek miotający, umieszczony na spodniej powierzchni rury wyrzutni znajdował się w Pzf. 60 naprzeciw gniazda spłonki pod tylnym końcem dźwigni spustowej, zaś w Pzf. 100 przeniesiono go do tyłu - teraz mocował tylny z dwóch ładunków.

Panzerfaust 100 oraz jego granat
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Rura pozostała niezmieniona, ale wewnątrz umieszczono nie jeden, a dwa ładunki miotające, każdy po 95 g prochu czarnego. Były one rozdzielone kartonową tuleją dystansową, która gwarantowała ich sekwencyjne odpalanie. Osiągnięto dzięki temu wydłużony czas spalania i podniesienie prędkości wylotowej pocisku do 60 m/s - wraz z tym oczywiście powiększyła się od 3,5 do 4 m bezpieczna odległość za plecami strzelca w razie użytkowania broni w zamkniętych pomieszczeniach.
W czasie badań prototypów Pzf. 100 zauważono problemy ze stabilnym rozwijaniem prostokątnych brzechw, gdyż wzrost prędkości spowodował, że zdarzały się przypadki zahaczania o krawędzi wycięcia ustalającego ogon granatu w wylocie rury. Aby im zapobiec, brzechwy seryjnych "setek" zmieniono w trójkątne, które łatwiej sobie radziły z problemowym wcięciem. Przy okazji uproszczono technologię ich montażu - zamiast nitowania parami na wskroś przez trzon, prowadzącego do osłabienia drewnianego trzonu, który mógł ulegać skruszeniu przy uderzeniu gazów z ładunku miotającego, nowe brzechwy po prostu przybito gwoździkami bezpośrednio do trzonu.

Porównanie dotychczasowych odmian Panzerfausta 
Źródło: http://i.imgur.com/JG9gs7Y.jpg
Do Pzf. 100 skonstruowano nowy zapalnik inercyjny FPZ 8003, pozwalający bezpiecznie transportować wyrzutnie w stanie gotowym do strzału, czego domagali się żołnierze na froncie i HWA. Jednak kiedy zaczęto realizować dostawy Pzf. 100, HWA - sam sobie zaprzeczając - zażądał powrotu do starej procedury, gdyż pod wpływem nowej instrukcji użytkownicy starych granatników zaczęli się skarżyć na lawinowo rosnącą liczbę niewybuchów, które po dochodzeniach okazywały się zwykle wynikać z braku zapalnika i detonatora w wystrzeliwanych granatach...Aby temu zapobiec, przywrócono starą procedurę pakowania i teraz użytkownicy Pzf. 100 musieli także uzbrajać przed strzałem, mimo że zapalniki FPZ 8003 powstały właśnie po to, żeby tego nie robić - no cóż, nie wszystkim da się dogodzić. Pod koniec produkcji Panzerfaustów pojawił się kolejny zapalnik FPZ 8003 umg. (umgeändert - zmodyfikowany), który zaopatrzono w samolikwidator, powodujący detonację głowicy w określonym czasie po odpaleniu w razie gdyby nie zadziałał zapalnik uderzeniowy.
Początkowo Panzerfaust był zachwalany jako broń jednorazowego użytku, a zbieranie wystrzelonych rur nakazywano tylko na strzelnicach szkolnych, gdyż tak na prawdę - rura wytrzymywała do 10 strzałów i bez problemów mogła być ponownie używana. Jednak reelaboracja mogła być przeprowadzana tylko w zakładzie produkcyjnym. Rosnące potrzeby frontu zaczęły znacznie przekraczać moce produkcyjne Hasag, a największym problemem były rury stalowe bez szwu - towar deficytowy w każdym kraju prowadzącym wojnę. Zarząd zaopatrzenia OKH (Oberkommando des Heeres - Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych) ustanowiło w marcu 1945 r. specjalną premię pod postacią trzech papierosów za każdą odzyskaną rurę.

Przekrój zapalnika uderzeniowego FPZ 8003:
1-korpus zapalnika, 2-spłonka, 3-wkładka kartonowa-ustalacz transportowy, 4-tuleja bezpiecznika, 5-iglica, 6-bezwładnik, 7-kulka zatrzasku ustalającego bezpiecznika, 8-spreżyna bezpiecznika
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
 
Panzerfaust 150 i 250
Tradycyjnie wraz z wprowadzeniem Pzf. 100 rozpoczęły się prace nad jego następcą. Nowy Panzerfaust miał zachować rurę poprzednika, a większość modyfikacji skupiła się na granacie. Powróciły prostokątne brzechwy stabilizujące, jednak tym razem trzon granatu nie był już drewniany, a stalowy - co zwiększyło jego masę oraz wytrzymałość. Nowy granat miał całkowicie odmienną głowicę o mniejszej średnicy niż dotychczas, lżejszą, nierozbieralną, z mniejszym ładunkiem wybuchowym, za to ze zdolnością przebijania zwiększoną aż do 360 mm dzięki zastosowaniu wyników badań nad ulepszeniem kształtu wydrążenia w ładunku i wkładki. Granat zaopatrzono w wydłużony czepiec balistyczny, co poprawiło jego zdolności aerodynamiczne i pozwoliło półtorakrotnie przedłużyć zasięg cielnego ognia mimo zastosowania niezmienionej rury z dwukomorowym ładunkiem miotającym od Pzf. 100. Nowe granaty miały być dostarczane na front w stanie gotowym do użytku. Była to wówczas najnowocześniejsza indywidualna broń przeciwpancerna piechoty, ale losów wojny odwrócić nie zdołała. Seryjna produkcja zaczęła się dopiero w marcu 1945 r. i do końca działań wojennych udało się wyprodukować zaledwie 100 000 szt. - na front jednak trafiły znikome ilości.

Panzerfaust 150 wraz z granatem
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
W ostatnich miesiącach wojny konstruktorzy z Hasag pracowali jeszcze nad kilkoma innymi modyfikacjami, których już przed końcem wojny nie udało się wprowadzić do użytku. Jedną z nich był Panzerfaust 250, w którym granat z Pzf. 150 połączono w całości ładunkiem miotającym i zaopatrzono we własną spłonkę, dostosowując do użytku z całkowicie nową wyrzutnią wielokrotnego użytku, wyposażoną w umieszczony w chwycie pistoletowym elektryczny mechanizm spustowo-odpalający. W ten sposób udało się w końcu połączyć do tej pory rozdzielone koncepcje granatnika bezodrzutowego i przenośnej wyrzutni pocisków przeciwpancernych. Pocisk wystrzelony z nowej broni leciał z prędkością 150 m/s i miał skuteczny zasięg 250 m. Seryjną produkcję zamierzano rozpocząć w sierpniu 1945 r., ale z oczywistych względów nic z tego nie wyszło.
Lipsk został zajęty 20 kwietnia 1945 r. przez wojska amerykańskie, ale leżał w ustalonej w Jałcie radzieckiej strefie okupacyjnej. Amerykanie po kilku miesiącach musieli się stamtąd wycofać, a po drodze zabrali ze sobą zespół konstrukcyjny Hasag, który prace nad Pzf. 250 dokończył już w USA. Amerykanie wprawdzie pozostali przy Bazooce M1, ale prace stały się podstawą rozwoju zachodnioniemieckich granatników przeciwpancernych, prowadzących w końcu do stworzenia Pzf. 44 Lanze w 1960 r.

Jedno z bardzo nielicznych zdjęć Panzerfausta 150 w użyciu
Źródło: http://www.dws-xip.pl/encyklopedia/wp-content/uploads/2015/01/Pzf-150_1.jpg
Rosjanie prowadzili u siebie już od 1944 r. prace nad podobnym koncepcyjnie granatnikiem ŁPG-44 konstrukcji Gieorgija P. Łominskiego z głowicą o wymiarach 70 mm (granat PG-70), wystrzeliwaną z metrowej rury kalibru 30 mm zaopatrzonej w chwyt pistoletowy z kurkowym mechanizmem odpalającym. W 1945 r. granatnik ten skierowano do produkcji pod oznaczeniem RPG-1 (nabój PG-1W). Bliski koniec wojny spowodował, że produkcji ostatecznie nie uruchomiono, a choć RPG-1 nie został oficjalnie przyjęty do uzbrojenia, dalsze praca nad nim prowadzono aż do 1948 r. Zdobyczne Pzf. 250 podsunęły rozwiązanie wielu problemów, które hamowały rozwój RPG-1, ale ich drożenie wymagało skonstruowania nowego granatnika.
Zadanie to powierzono w 1947 r. biurowi konstrukcyjnemu...Ministerstwa Produkcji Maszyn Rolniczych. Pod kierownictwem Arkadija W. Smoljakowa powstał granatnik DRG-40 z granatem PG-80, oba przyjęte do uzbrojenia rok później jako RPG-2 i PG-2W. Wbrew temu, co można przeczytać w wielu źródłach, RPG-2 nie jest kopią Pzf. 250, ale wynikiem dostosowania rozwiązań w nim użytych do własnych założeń konstrukcyjnych. W efekcie powstała broń znacznie prostsza w konstrukcji, lżejsza (4,65 wobec 7,5 kg) i łatwiejsza w obsłudze, jednak o mniejszym zasięgu (100 m), strzelająca mniejszym granatem (80 mm) i o zdolnościach przebijania na poziomie Pzf. 100 (200 mm pancerza).

Porównanie nieco odmiennego już Pzf. 150 do poprzednich wersji Panzerfaustów
Źródło: http://i58.fastpic.ru/big/2013/1029/69/4e56614405e6487a9e58cdc4b51c8369.jpg
Zapewnienia po niemiecku
Wraz z najbardziej zaawansowanym programem Pzf. 250 pozwalającym ładować wyrzutnię oddzielnymi granatami, kontynuowano także prace nad różnymi odmianami granatów do tradycyjnych Pzf., w tym o działaniu odłamkowym, w celu zwalczania piechoty. Prefragmentowana głowica wykonana była z ponacinanego żeliwa, zapalnik czasowy powodował rozerwanie granatu nad ziemią od 200 do 400 m od miejsca wystrzelenia - sam pocisk był znacznie mniejszy i lżejszy o przeciwpancernego. Około 100 sztuk modelowych tej wersji, nazwanej Splitterfaust (odłamkowa pięść), dostarczono ponoć celem przetestowania na front w rejonie Eberswalde.
Równocześnie prowadzono także prace nad granatem zapalającym - w ich wyniku miał powstać Brandfaust (zapalająca pięść). Poza wzmiankami o jej istnieniu nic więcej nie wiadomo o rezultatach tego programu i jego przebiegu. Planowano również uzupełnić ładunek zwykłego Pzf. 100 i 150 z bieżącej produkcji domieszką pyłu aluminiowego i nadtlenku baru, by zwiększyć działanie zapalające głowicy przeciwpancernej używanej w walkach miejskich.

Ewolucje niemieckich bezodrzutowych granatników przeciwpancernych od Faustpatrone 42 do Panzerfausta 250
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
W związku z krążącą na początku 1945 r. pogłoską o pojawieniu się nowego, potężnie uzbrojonego i opancerzonego radzieckiego czołgu (IS-3), powstał projekt nowej super wyrzutni granatów, nazwanej großer Panzerfaust (wielka pancerna pięść). Głowica pocisku wystrzeliwanego z wyrzutni Pzf. 250 miała przebijać ponad 400 mm pancerza - jednak i ten projekt pozostał tylko na papierze, podobnie jak granaty zapalające, przeciwpancerno-zapalające i gazowe (z gazem łzawiącym). 
Ostatnim przejawem niemieckiej innowacyjności w użyciu Panzerfaustów był projekt Befehlspanzerjäger Bü-181, czyli dwumiejscowego samolotu szkolnego w układzie karabinowego dwupłata ze stałym podwoziem, uzbrojonego w...cztery Pzf. 100, zamontowane w parach po dwa nad i pod płatem. W marcu 1945 r. okazało się, że w zakładach Bücker Flugzeubau GmbH w podberlińskim Johannistahl stoi spora partia gotowych samolotów, których już nie miał kto odebrać. Kilkanaście z nich (prawdopodobnie 12) zostało przyjęte przez dowództwo Volkssturmu. Ci stworzyli z nich trzy eskadry niszczycieli czołgów. Z tych 12 (?) tylko 3 osiągnęły zdolność bojową i przeprowadzić kilka lotów przeciwko wojskom amerykańskim, nie odnosząc przy tym żadnych sukcesów. Tylko jedna z załóg uratowała się, bo zamiast lecieć na front, to uciekła przytomnie do Szwajcarii 18 kwietnia 1945 r. Ten egzemplarz Bü-181 C-2 służył potem w armii szwajcarskiej, a pod dachem berlińskiego Muzeum Komunikacji wisi dziś replika tej maszyny z zamontowanymi czteremi Panzerfaustami. 

Produkcja
W ciągu 21 miesięcy seryjnej produkcji Panzerfaustów wytworzono ich olbrzymie ilości - zamówienie HWA na 300 000 Faustpatrone miesięcznie nie było rzucane na wiatr, choć takie liczby osiągnięto dopiero w 1944 r., ale bynajmniej nie zatrzymano się na nich. W 1943 r. meldowano o dostarczeniu 335 300 Faustpatrone, w 1944 r. wojska dostały już 5 500 000, a od listopada 1944 r. regularnie dostarczano miesięcznie ponad 1 000 000 nowych. Łączna produkcja wszystkich wariantów Panzerfausta sięgnęła niemal 8 000 000 - była to bez wątpienia najbardziej masowo produkowana broń III Rzeszy zaraz po karabinach Kar98k. Wytwórcami kompletnych Pzf. były firmy: Hugo Schneider AG (Hasag) z oddziałami w Lipsku (oznaczenie kodowe "wa") i Schlieben ("wk") oraz Warz u. Co. w Zella-Mehlis ("cq"). Komponenty dostarczali również m.in. Richard Rinker GmbH w Iserlohn ("brb"), Werkzeugmaschinenfabrik Oerlikon, Buehrle u. Co, Zurich ("guy") i Deutsche Sprengchemie, Moschweig ("mog"). 

Wiszący pod dachem berlińskiego Muzeum Techniki  Bücker Bü-181 w konfiguracji latającego niszczyciela czołgów z czterema Pzf. 100 nad i pod skrzydłami oraz zdjęcie z 1945 r. dowodzące, że nie był to jedynie wymysł kustoszy
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)
Źródło: Strzał - magazyn o broni, nr 10 (88)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza