środa, 22 maja 2019

"Pocałuj mnie w dupę!", czyli SS-Totenkopfverbände w Kraju Sudeckim

W dniach od 29 do 30 września 1938 r. w Monachium odbyła się konferencja pomiędzy Niemcami, Wielką Brytanią, Francją i Włochami. Dotyczyła ona przyłączenia części terytoriów Czechosłowacji do III Rzeszy. W Führerbau - reprezentacyjnym budynku NSDAP w stolicy Bawarii spotkali się: Adolf Hitler, Neville Chamberlain, Édouard Daladier oraz Benito Mussolini. Wszyscy oni zebrali się przy długim stole, na którym rozłożone były mapy. Konferencja ta przybrała charakter komisji w sprawie zmiany granic. W końcu, po trzynastu godzinach pertraktacji, Hitler osiągnął swój cel i 30 września 1938 r. o godzinie 2:30 los Czechosłowacji został przesądzony. 1 października wojska niemieckie wkraczają na terytorium sąsiada III Rzeszy. W tym historycznym wydarzeniu brał udział SS-Rottenführer Herbert Brunnegger służący w 6. Kompanii 2. Batalionu 2. Pułku Piechoty SS-Totenkopfverbände, która finalnie stanie się 3. Dywizją Pancerną SS "Totenkopf".

"Pobudka! Za godzinę kompania gotowa do wyjazdu!" - rozległ się w środku nocy krzyk dyżurnego SS-Unterscharführera. Zaspani żołnierze jeden za drugim błyskawicznie wyskoczyli z łóżek, przeklinając wszystko dookoła. Po kilkunastu minutach cała kompania była przygotowana do wymarszu w stronę dworca, skąd miał ich zabrać pociąg w jeszcze im nieznanym kierunku. O wczesnych godzinach porannych żołnierze wymaszerowali z prowizorycznych koszar w Appenweier. Wszyscy myśleli, że wracają do macierzystej jednostki w Oranienburgu, ale nawet zapytani podoficerowie nie wiedzieli jaki jest cel podróży. Wreszcie po kilku godzinach jazdy 6. Kompania dociera do Zittau (dzisiejsza Żytawa na Łużycach) - miasta na pograniczu Niemiec, Czech oraz Polski - i tam pada rozkaz opuszczenia pociągu. Jest 1 października 1938 r. W nocy 6. Batalion dostaje rozkaz sformowania kolumny niedaleko przejścia granicznego. Oddziały Wehrmachtu oraz SS-VT, które weszły do Kraju Sudeckiego, mają rozkaz całkowitego jego zajęcia do 10 października. O poranku żołnierze z 6. Kompanii są gotowi do wymarszu - czeka ich militarny debiut.

Żołnierz z SS-VT oraz młody Niemiec bawią się z psem podczas zajęcia Kraju Sudeckiego przez wojska III Rzeszy, październik 1938 r. 
Źródło: https://www.histclo.com/essay/war/ww2/cou/ger/mil/for/ss/camp/wssc-pw.html
Zaczęło padać. Na szczęście deszcz jest drobny i niezbyt uciążliwy, choć wcale nie pomaga, bo nastroje wśród żołnierzy i tak są kiepskie. Jeden oddział po drugim ładuje broń ostrą amunicją, a także upycha za pas granaty. Mimo że jest jeszcze ciemno, dookoła nich pojawiają się cywile w różnym wieku i  wszyscy czekają na rozwój wydarzeń. Czy wojsko czeskie będzie stawiać opór? Jeśli tak - to jak będą wyglądać następne godziny? Takie pytania przeszły przez myśl wielu i gdy o poranku żołnierze w końcu stają w szyku, każdy jest przygotowany na dowolną ewentualność.Batalion Brunneggera formuje szyk, przebieg marszu jest ustalony. 6. Kompania ma stanowić awangardę 2. Batalionu. Z tego powodu Brunnegger jest jednym z pierwszych, którzy przekraczają niemiecko-czeską granicę. Kolumna podąża w następującym szyku: na przodzie - grupa rozpoznawcza, 100 m za nimi - pierwsza kolumna kompanijna, po kolejnych 100 m - 6. Kompania, na końcu - reszta 2. Batalionu, czyli 5. i 7. Kompania, a także kompania ciężkich karabinów maszynowych. Mimo obiekcji, do drużyny Brunneggera zostaje przydzielony nowy dowódca, którego nikt nie zna. Tym bardzo młodym chłopakom w ogóle on nie odpowiada, ale nie mają wyjścia. Brunnegger zauważa, że: "z pewnością dobiega już trzydziestki i nie ma zbyt wojskowego wyglądu, a mundur raczej na nim wisi niż leży, karabin trzyma tak, jak niedzielny myśliwy dubeltówkę po zakończonym polowaniu". Dodatkowo, co chwilę zmienia tempo marszu, co jest lekko mówiąc - frustrujące.

Tereny Czechosłowacji zajęte przez III Rzeszę w październiku 1938 r.; w międzyczasie - 2 października - Wojsko Polskie weszło na terytorium Zaolzia anektując obszar o powierzchni 906 km² zamieszkały przez około 220 000 mieszkańców 
Źródło: https://i2.wp.com/www.bbc.co.uk/bitesize/higher/history/images/sudetenland_1938.gif
Zanim wzeszło Słońce, wojska niemieckie przekraczają czeską granicę. Pododdział rozpoznawczy jest już na przodzie w celu raportowania o sytuacji. Wszędzie panuje spokój, który powoduje dyskomfort - Czy Czesi w ogóle nie będą stawiać oporu? Podkute gwoździami, dopasowane niemieckie buty mocno uderzają o bruk. Wszyscy podążają w milczeniu obserwując okolicę, przygotowani na najgorsze. Dla Brunneggera to pierwsza akcja zbrojna - minęło dopiero pół roku jak wstąpił do oddziałów "Totenkopf".
Mija godzina marszu. Oddziały niemieckie jak na razie nie napotykają żadnego oporu i napięcie wyraźnie opada. Pierwszym ich celem jest miasto Czeska Lipa. Zbliżają się tam od lewej, wzdłuż Górnej Nysy podążając docelowo na zachód. Po drodze mijają wsie i miasteczka, a niemieccy mieszkańcy tych terenów hucznie wiwatują na ich cześć. Od nich dowódcy dowiadują się, że czescy żołnierze stamtąd się wycofali na krótko przed ich przybyciem. "A więc potencjalny przeciwnik jest bardzo blisko!" - pomyślał Brunnegger. Trzeba być cały czas uważnym, żeby nie trafić na niemiłą niespodziankę. Wieść o tym, że Niemcy nadchodzą, zaczyna wyprzedzać kolumnę marszową. Gdziekolwiek by nie przyszli, ludzie witają ich, a kościelne dzwony biją głośno. Wydaje się, iż radość miejscowej ludności nie jest na pokaz.

W prawie każdej miejscowości dziewczyny witały niemieckich żołnierzy kwiatami i pocałunkami
Źródło: https://germanwarmachine.com/images/uploads/timeline-photos/third-reich/1938/sudetenlandlrg.jpg
Do Czeskiej Lipy 2. Batalion dociera pod wieczór po przebyciu około 55 kilometrów. Tłumy czkających na nich mieszkańców już nikogo nie dziwią. Z trudem udaje im się przebić przez wiwatujące grupy. Prawdę mówiąc, nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw zwłaszcza, że w karabinach cały czas załadowana jest ostra amunicja, a broń jest gotowa do strzału. Brunnegger czuje się zakłopotany tą sytuacją, czego nie udaje mu się ukryć przed kolegami. Jego kompan - Schimpflösl, który idzie przed nim, pierwszy zaczyna wołać o "mamusię dla dzieciątka", jako że Herbert nie miał jeszcze 16 lat - a efektem tego jest to, że dostaje całusy także od dojrzałych kobiet.
Mimo przebytego dystansu, jak na razie nie zapowiada się na odpoczynek. Euforia mieszkańców na chwilę pozwala zapomnieć o potwornym zmęczeniu i otartych nogach. W końcu w chwili zbiórki batalionu pada rozkaz do odpoczynku i wszystkie stłumione dotychczas dolegliwości wybuchają naraz potrójną mocą. Nogi sztywnieją od pięt aż po pośladki, stopy palą żywym ogniem z powodu otarć i popękanych bąbli. Każdy z żołnierzy odczuwa ogromne zmęczenie i gdy myślą, że niedługo dostaną zakwaterowanie i będą mogli zregenerować siły - zostają brutalnie sprowadzeni na ziemię informacją, że w Czeskiej Lipie owszem, będą stacjonować, ale ich koledzy z nadchodzących pododdziałów, a ich batalion musi kontynuować marsz do dalej położonej miejscowości. Już do tego miejsca problemem było dźwiganie ciężkich karabinów maszynowych i amunicji, a teraz trzeba kontynuować marsz. "To tylko 10 km stąd! Do następnego rozwidlenia dróg, które mamy obsadzić jako wysunięty posterunek pułku!" - przekonują dowódcy, ale to wcale nie pomaga.

Oddziały SS-Totenkopfverbände wkraczające do Kraju Sudeckiego, październik 1938 r.
Źródło: https://www.shutterstock.com/editorial/image-editorial/czechoslovakia-liebenstein-sudeten-region-ss-troops-liebenstein-czech-republic-7394778a
W międzyczasie już się ściemniło. Porządek marszu ma być taki jak dotychczas, a grupę rozpoznawczą mają stanowić trzej żołnierze idący na odległość głosu - nie więcej niż 30 m. Brunnegger zostaje wyznaczony na amunicyjnego i od tej pory musi ciągnąć ze sobą dwa pudła taśm do karabinu maszynowego. Rusza on za grupą rozpoznawczą, a za nim - reszta 300-osobowego batalionu. Stara się on wydłużyć krok, ale pas od karabinu już dawno otarł mu do krwi skórę na obojczyku, a sukno, z którego uszyte są spodnie wydaje się szorstkie jak papier ścierny. Skóra od wewnętrznej strony ud spływa krwią i pali jak żywy ogień. "Jeszcze tylko 10 km chłopcy!"- mówi nowy dowódca drużyny, którego tak na początku nie lubili, a po głosie wydaje się, że brak u niego śladu zmęczenia. Idzie przed siebie tak, jakby był to niedzielny spacer, a przecież miał najmniej czasu na odpoczynek, bo na każdym postoju był wzywany przez dowódce kompanii po odbiór nowych rozkazów.
Każdy kolejny krok powoduje ogromny ból i póki organizm nie przyzwyczai się do dodatkowego obciążenia spowodowanego bronią, amunicją i sprzętem, żołnierze przechodzą niemałe piekło. Zamiast energicznego marszu, Brunnegger lewą stopę stawia delikatnie niczym na polu minowym i to samo robi z prawą, aż stawy przestaną reagować bólem na nawet najmniejszy ruch. Dopiero po jakimś czasie zaczęło to przypominać marsz.

Niezależnie gdzie znaleźli się żołnierze Wehrmachtu i SS-VT - byli oni hucznie witani przez miejscową ludność pochodzenia niemieckiego
Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a1/Bundesarchiv_Bild_146-2006-0019%2C_Anschluss_sudetendeutscher_Gebiete%2C_Komotau.jpg
Jeden z żołnierzy - Pouzar - zluzował celowniczego karabinu maszynowego. Żeby się trochę odciążyć, w ciemności wylewa wodę z chłodnicy KM-u. Jest to parę cennych kilogramów mniej do dźwigania. Zaraz po opuszczeniu Czeskiej Lipy dają się usłyszeć wystrzały z broni palnej. Pouzar klnie, bo bez wody w chłodnicy karabin jest bezużyteczny, a na domiar złego dowódca drużyny przejmując broń dostrzega jego przekręt i do końca marszu Pouzar ma sam nieść karabin maszynowy oczywiście wypełniony wodą. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Im więcej czasu mija, tym nowy dowódca nabiera większego szacunku od swoich podwładnych, który bez słowa skargi podąża na czele. W przeciwieństwie do niego, innych denerwuje wszystko i krzyczą na siebie z byle powodu: na Schererbauera za to, że ze zmęczenia ciągle myli kroki marszu, na innego za psucie powietrza, na Jäche za nadepnięcie Frühwitowi na piętę, a to wszystko podsumowuje wysoki Tyrolczyk Holzknecht, który uprzedza, że jeśli Brunnegger jeszcze raz wpadnie na niego w tych ciemnościach i będzie próbował go przewrócić, to da mu w gębę i to mocno. Herbert nie dziwi mu się, bo oprócz karabinu oraz oporządzenia do niego, wiszą na nim taśmy amunicyjne do KM-u. Całe towarzystwo próbuje uspokoić Puntigam - najstarszy chłopak z kompanii - który narzekanie kolegów nazywa dziecinadą i każe im zachować spokój.

Wehrmacht przekraczający granicę pomiędzy III Rzeszą a Czechosłowacją, 1 października 1938 r. 
Źródło: http://i64.tinypic.com/f1co00.jpg
Po kolejnych długich minutach marszu wydaje się, że cel został osiągnięty. Po pokonaniu szerokiego wzgórza widać światła, które mogą oznaczać jakąś miejscowość. Żołnierze cieszą się, że zaraz skończy się ich udręka, ale gdy docierają do pierwszych zabudowań wioski w oczekiwaniu na resztę kolumny, nadjeżdża samochód z jakimś oficerem, który bez przejęcia informuje: "Chłopcy! To jeszcze nie koniec! Zostało wam 9 km do następnego rozwidlenia dróg!". "Znowu?!" - padła odpowiedź jednego z żołnierzy. Oficer szybko zmienił ton i oznajmił: "Kto to powiedział?! Proszę z łaski swojej się zameldować!". "Pocałuj mnie w dupę!" - odrzekł, jak się okazało, Puntigam, gdy oficer nadaremnie usiłował w ciemnościach znaleźć buntownika, ale jednak musiał dać za wygraną i tylko poinformował stanowczo: "Złoże meldunek o tym zajściu!", po czym wsiadł do samochodu i odjechał. Za nim jeszcze długo słane były "pozdrowienia" od padających ze zmęczenia żołnierzy.
W myśl zasady "rozkaz to rozkaz" kolumna rusza dalej. Wszyscy są zbyt odrętwiali, żeby ryzykować choć chwilowe położenie się, ale jednocześnie przeraża ich perspektywa kolejnego kilkukilometrowego marszu. Stopy nieprzerwanie pieką ogniem i z każdym krokiem odmawiają posłuszeństwa. Brunneggerowi robią się odciski w miejscach, o których by nawet nie podejrzewał, że mogą, a dodatkowo ramiona uginają się od pojemników z amunicją. Żeby sobie trochę ulżyć, karabin przewiesza przez kark, ale nie za bardzo to pomaga, bo ten też jest obtarty.

Zwykli żołnierze nie mogli liczyć na transport konny, musieli polegać na własnych nogach, Kraj Sudecki, 3 października 1938 r.
Źródło: https://media.gettyimages.com/photos/german-army-arriving-in-sudetenland-on-october-3rd-1938-picture-id107423069
Jeden z żołnierzy pada jak kłoda, bez zginania kolan na leżącą przy drodze stertę chrustu i leży tak bez ruchu. Nikt nie jest w stanie siedzieć, bo całe pośladki i wewnętrzna strona ud żyją własnym życiem, a przyklejona do nich bielizna, skutecznie pogarsza całą sytuację. Jeden po drugim żołnierze przewieszają się przez wysoki do pasa płot żeby chociaż na chwilę odciążyć stawy.
Dowódca drużyny mimo cienia sympatii jaka się do niego pojawiła, bezskutecznie próbuje zmobilizować podwładnych do wykonania ostatniego zrywu. Nie dając za wygraną, znika na chwilę i powraca z kilkoma dziewczynami, które w ręku niosą dzbanuszki z kawą oraz owocową nalewką. Zmusiło to chłopaków do przyjęcia nieco bardziej żołnierskiej postawy, żeby nie dało się dostrzec ich cierpienia. Dowiadują się od nich, że oddział ma się zatrzymać w następnej miejscowości, gdzie czekają już na nich sienniki. Ta wiadomość jest niczym najpiękniejsze bicie dzwonów. Żołnierze dziękują dziewczynom za okazaną pomoc i ruszają dalej. Z oddali dają się słyszeć głosy zbliżania się reszty batalionu. 6. Kompania mobilizuje się do pokonania ostatniego etapu trasy i pełznąć powoli znika w ciemnościach. Wszyscy są wdzięczni za każdą kroplę potu, która spływa po wewnętrznej stronie ud, bo mimo że piecze rany niczym spirytus, to jednak także "smaruje".

Mimo uśmiechu na ustach niemieckich żołnierzy, zajęcie Kraju Sudeckiego wiązało się nieraz z nieprzerwanymi kilkunastogodzinnymi marszami, które poddawały organizm najwyższej próbie 
Źródło: https://c8.alamy.com/comp/CPM4P6/entry-of-the-german-troops-in-the-sudetenland-1938-CPM4P6.jpg
Brunnegger nie wie jak udało mu się pokonać te 74 km trasy, ale na pewno pomogło stwierdzenie dowódcy: "Panowie, jeśli wy nie dacie rady dojść do wyznaczonego celu, to będę musiał do niego dojść sam, to chyba jest dla was jasne?!" Mieszkańcy wsi do której miała dotrzeć 6. Kompania jeszcze nie śpią i czekają na ich przybycie. Chcą radośnie powitać żołnierzy, jednak całusy dziewczyn, lejące się dookoła wino i sznaps nie są w stanie opóźnić chwili rzucenia się każdego z nich na sienniki przygotowane w wielkiej stodole, na które wszyscy walą się jak kłody, często nawet nie zginając kolan. Po niemal nieprzerwanym 19-godzinnym marszu zasypiają natychmiast - w mundurach, oporządzeniu i z bronią.
Brunnegger budzi się dopiero wtedy, gdy ktoś energicznym ruchem ściąga mu buty, zrywając przy tym martwą skórę, do której przykleiły się skarpetki. Okazuje się, że kompanijny sanitariusz przystąpił do swoich obowiązków, biorąc za asystentkę miejscową dziewczynę, która znała się na rzeczy. Nożyczkami odcinają martwe strzępy skóry z ciemnoróżowych pięt i żrącą jodyną dezynfekują poranione miejsca. Spodnie, w których tkwią obtarte uda i części tylne, jak na razie pozostają na miejscu - o opatrzenie znajdujących się tam ran każdy musi zadbać osobiście.
"Kiedy rankiem, który okazuje się być już południem, usiłuję wstać z posłania, potworny ból natychmiast rzuca mnie z powrotem na siennik" - wspomina Brunnegger. Stopy, pozbawione teraz naskórka, przypominają różowe placki, które pieką żywym ogniem, dodatkowo ból w lędźwiach jest nie do zniesienia. Koledzy Herberta próbują siąść na siennikach, ale dla wielu okazuje się to niełatwym zadaniem. Dowódca drużyny śpi w kącie jak kamień. Brunnegger dowiaduje się od sanitariusza, że zrezygnował z wyznaczenia nocnej warty i sam stał przez resztę nocy na posterunku. Siłą rzeczy każdy nabrał do niego ogromnego respektu.

PzKpfw IV Ausf. A przejeżdżają przed Generałem Majorem Georgiem-Hansem Reinhardtem, Kraj Sudecki, październik 1938 r. 
Źródło: https://www.bild.bundesarchiv.de/cross-search/search/_1558297452/?search[view]=detail&search[focus]=120
Resztę dnia 6. Kompania spędza na kąpieli oraz czyszczeniu broni i oporządzenia. Przełożeni zapoznają ich z aktualną sytuacją i wyznaczają ubezpieczenia. Kompania jest rozłożona szerokim półkolem wokół miejsca postoju batalionu. Na wzgórzu za wsią drużyna Brunneggera rozstawia posterunki na skraju lasu. Mając przed sobą rozległe łąki i w ciągu dnia dobrą widoczność - jest to dobre pole ostrzału karabinu maszynowego, który ustawiony jest na skraju płytkiej kotliny, pod konarami ogromnego buku. Po rozłożeniu linii polowej posterunki mają łączność telefoniczną ze stanowiskiem dowodzenia kompanii. Zadaniem drużyny Brunneggera jest ubezpieczenie miejsca postoju 2. Batalionu od ewentualnego ataku przeciwnika. Podobne zadanie mają inne drużyny. Część drużyny, która czeka na swoją zmianę, na razie odpoczywa niedaleko w dwóch ukrytych między krzakami namiotach.

Przybywające do Kraju Sudeckiego oddziały niemieckie szybko nawiązały dobry kontakt z miejscowymi Niemcami, 3 października 1938 r. 
Źródło: https://www.bild.bundesarchiv.de/cross-search/search/_1558297452/?search[view]=detail&search[focus]=125
Po szybkim rozpoznaniu terenu i nawiązaniu łączności z sąsiednim posterunkiem, zaczęło się ściemniać. Niebo jest czyste i widać gwiazdy, ale po chwili znikają w całkowitej ciemności. Znowu daje się słyszeć odgłosy strzałów, które docierają zza horyzontu. Zapowiada się długa noc. Przed Brunneggerem pierwsza w życiu warta w warunkach wojennych i do tego z bardzo odpowiedzialnym zadaniem. Karabin maszynowy zamaskowany w trawie, z lufą skierowaną w stronę niewidzialnego wroga czeka w gotowości do ewentualnego otwarcia ognia. Zgodnie z rozkazem, osoby, które zbliżyłyby się do posterunku w ciemnościach trzeba zatrzymać i aresztować do momentu przybycia dyżurnego podoficera. Tych, których nie zatrzyma trzykrotne wezwanie, w razie dalszego podchodzenia, ma zastopować karabin maszynowy.

Mimo że na zdjęciach z tamtego wydarzenia widać wiele pojazdów, to większość żołnierzy musiała polegać na swoich nogach lub ewentualnie na transporcie konnym; podobnie było niecały rok później podczas ataku na Polskę
Źródło: https://de.sputniknews.com/politik/20180929322477343-muenchner-abkommen-jahrestag/
Brunnegger ma trzecią zmianę przy KM-ie, która wypada od 22:00 do 0:00 i od 4:00 do 6:00 rano. Teraz, gdy jest jeszcze wczesny wieczór, drużyna zbiera się wokół stanowiska karabinu maszynowego i omawia wszelkie ewentualne scenariusze postępowania. W takim przypadku ważne jest, żeby każdy wiedział za co jest odpowiedzialny i co ma robić w razie ataku. Żołnierze wymyślają prosty sposób alarmowania ze stanowiska KM-u do namiotów: dowódca warty ma zawiązany na przegubie dłoni sznurek, którego drugi koniec znajduje się na stanowisku strzeleckim. Jeżeli sytuacja wymusi obecność dowódcy, wartownik pociągnie za tę linkę, przywołując go bez zbędnego hałasu. Po przeprowadzeniu próby działania nowego środka łączności, drużyna została poproszona, by jednak trochę lżej obchodzić się z przełożonymi, bo gdy ręka dowódcy - ta ze sznurkiem - sięgała po buty, została gwałtownie wyciągnięta z namiotu wraz z właścicielem i tak musiał on się zjawić na stanowisku KM-u w samych skarpetkach. Jako że nic ciekawego się nie dzieje, wszyscy rozchodzą się do namiotów, a na zewnątrz zostaje tylko pierwsza warta do karabinu, czyli dwóch żołnierzy. Robi się już coraz chłodniej, a czyste niebo sugeruje, że rano na łąkach będzie zalegał szron. Podczas warty Brunneggera słychać niepokojące krzyki oraz wydawane rozkazy zza wzgórza. Oprócz tego na niebie widać mnóstwo wystrzelonych kolorowych rac. "Czy Czesi byliby jeszcze zdolni do zrobienia jakiejś niespodzianki?" - pomyślał młody Niemiec, uświadamiając sobie, że dotychczas nie odbyły się żadne nocne ćwiczenia nie licząc marszów. Ta "wojna" zawsze rozgrywała się w dzień.

Z uśmiechem na ustach żołnierze Heer przemierzają Czechosłowację zajmując miasto za miastem - niestety, rzeczywistość okazywała się często kompletnie odmienna od propagandowych fotografii 
Źródło: https://bjhspatriotpages.com/opinion/2013/10/09/czech-crisis/
Kiedy Brunnegger zostaje obudzony na kolejną, poranną wartę, koledzy informują go, iż słyszeli wyraźnie szelesty dochodzące z lewej strony lasu, ale nie byli w stanie zweryfikować co to było. "Jeszcze tego brakowało!" - odparł i zarzucając na siebie koc wojskowy, wychodzi z namiotu w kierunku stanowiska karabinu maszynowego. Wraz z nim na warcie stoi Rudi Gschwandtner, Tyrolczyk, który pełni rolę amunicyjnego. Dla pewności Herbert przeładowuje karabin, aby w razie potrzeby, można było od razu otworzyć ogień. W międzyczasie gwiaździste niebo zniknęło i teraz nad łąkami unosi się gęsta mgła, która powoduje, że praktycznie nic nie widać. Co pewien czas da się usłyszeć odgłos łamanych gałęzi, co daje do myślenia. Spadające suche liście, o ile w dzień byłyby niesłyszalne, w nocy stają się budzącym czujność hałasem. Gdy przez łąkę przemknął lis, obaj wstrzymali oddech coraz bardziej zastanawiając się, czy Czesi zaraz nie uderzą na ich pozycje. Czasami wydaje się, iż we mgle widać cienie ludzkich sylwetek, ale trudno dociec, czy są to omamy, czy rzeczywistość. Brunneggerowi wydaje się, że słyszy kroki. Ale czy na pewno? Może jednak tylko się wydaje. Trzeci z obsługi KM-u - Jäche, który zajmuje stanowisko na lewo od niego, trąca łokciem Brunneggera i wpatruje się w ciemność. "Tam, po prawej! Są już na skraju lasu!" - mówi na tyle cicho, na ile może. Rudi ciągnie jak szalony za alarmowy sznurek zapominając o uwadze dowódcy. Z namiotów za nimi dobiegają odgłosy człowieka gwałtownie wybudzonego ze snu. Ledwo widoczne postacie wydają się czaić w odległości rzutu granatem.

Bohater dzisiejszego artykułu - SS-Rottenführer Herbert Brunnegger 
Źródło: https://www.antykwariat.waw.pl/ksiazka,1046391/herbert_brunnegger_kto_sieje_wiatr,21520.html
Nagle Rudi wyciąga rękę przed siebie, wskazując reszcie kierunek. "A więc jednak się nie myliłem, gdy wydawało mi się, że słyszałem kroki!" - pomyślał Brunnegger. Dzięki mgle ciemna noc nabrała specyficznej poświaty, która pozwoliła dostrzec skulone ciała. Brunnegger wie, że musi szybko coś zrobić, bo za chwilę nieprzyjaciel zasypie ich granatami. "Stój! Kto idzie?!" - krzyczy w mrok przed nim, i zaraz po tym dodaje "Hasło!". Nie ma jednak odpowiedzi. Cisza i bezruch. Niemiec powoli zwalnia bezpiecznik spustu i nie czekając dłużej otwiera ogień. W tym momencie czarne, mgliste chmury ożywają, ale w rzucające się naprzód ciała już uderzają śmiercionośne pociski. Brunnegger zostaje na chwilę oślepiony błyskami z lufy, a pociski smugowe sypią iskrami, trafiając w ziemię lub tnąc nad nią powietrze. Brunnegger przeciąga ogień z lewa do prawa i z powrotem. W pewnej chwili rozlega się trzask iglicy - koniec amunicji. Ostatnia wystrzelona seria powraca odbita echem od otaczających drzew.
Dawanie kwiatów żołnierzom niemieckim przez sudeckie Niemki było na porządku dziennym, jednak podczas długich i wyczerpujących marszów - po prostu usychały 
Źródło: https://fournews-assets-prod-s3-ew1-nmprod.s3.amazonaws.com/media/2014/05/21_sudeten_soldiers_g.jpg
Rudi podaje drżącymi rękami nową taśmę z nabojami. Dwa odciągnięcia suwadła i zamek zaskakuje - Herbert ćwiczył to tysiąc razy w dzień i w nocy - nabój w komorze gotowy do wystrzelenia. Strzelec jest bardzo podekscytowany i z napięciem wpatruje się w przestrzeń, gotów do ponownego otwarcia ognia. Stanowczy rozkaz dowódcy "Przerwać ogień!" powoduje, że zwalnia palec ze spustu i trochę się uspokaja. Przed nimi coś się rusza i bije w ziemię. Poza tym jest cicho, tylko zza horyzontu znów daje się słyszeć stłumione głosy wydawanych komend. Zanim sekcja KM-u zdążyła cokolwiek zameldować dowódcy drużyny, w namiocie odezwał się telefon polowy. Dowódca melduje o incydencie i wobec nadal niejasnej sytuacji prosi o przysłanie grupy zwiadowczej. Po chwili ktoś zbliża się do nich z doliny. Da się rozróżnić sylwetki wyłaniające się z ciemności. Dowódca oddziału zwiadowczego uprzejmie prosi Brunneggera o nieodstrzelenie tyłków jemu i jego ludziom. Wraz z nadejściem pierwszego brzasku zwiadowcy powracają na stanowisko. Wynik rozpoznania jest zaskakujący i zarazem deprymujący - okazuje się, że Brunnegger krzyczał na zwierzynę leśną, która teraz skoszona ogniem karabinu maszynowego leży martwa lub dogorywa. Obydwaj służący w kompanii leśnicy - Maier i Ungar - dostają rozkaz przeszukania całego terenu, znalezienia reszty postrzelonych zwierząt i dobicia ich.

Dwaj żołnierze z Leibstandarte SS Adolf Hitler (po prawej) oraz Niemiec sudecki z Armii Czeskiej (po lewej) po zajęciu Kraju Sudeckiego przez III Rzeszę, październik 1938 r. 
Źródło: https://www.alamy.com/stock-photo-nazism-national-socialism-organisations-schutzstaffel-ss-two-members-58348654.html
Ostatecznie, nikt nie zostaje obwiniony za nocny incydent, więc "upolowana" zwierzyna dostaje się do kuchni batalionu. To bardzo miłe urozmaicenie żołnierskiego jedzenia, które w ostatnim czasie składało się głównie z solonych śledzi. Brunnegger przyjmuje ze skruchą odpowiedzialność za ten "łowiecki" epizod. Dowództwo każe mu się zgłosić do raportu i strasznie na niego wrzeszczy, bo nie krzyknął zgodnie z procedurą  trzy razy: "Stój! Hasło!". Być może pozwoliło by to przepłoszyć zwierzęta, a tak - nie miały najmniejszych szans. Jednak wobec utrudnionych warunków obserwacji jego uchybienie nie pociąga za sobą żadnych przykrych konsekwencji. Niedługo potem - cała 6. Kompania wraca do Monachium kończąc działania w Kraju Sudeckim.

1 komentarz: