czwartek, 14 marca 2019

Polak w służbie III Rzeszy

Podczas II wojny światowej w Wehrmachcie służyło około 380 000 żołnierzy pochodzenia polskiego. Jednym z nich był Joachim Ceraficki, który jako "Niemiec trzeciej kategorii" został wcielony do Wehrmachtu w 1942 r. W Heer spędził prawie 3 lata walcząc na Froncie Wschodnim głównie jako łącznościowiec. Starał się on przede wszystkim przeżyć i być dobrym żołnierzem, mimo że przyszło mu walczyć nie za swoją ojczyznę. Celem było zminimalizowanie ryzyka śmierci, bo na froncie jego patriotyzm nie miał żadnego znaczenia - tam najważniejsze okazało się koleżeństwo i współpraca. Wbrew pozorom, choć trudno w to uwierzyć, to Polakom w Wehrmachcie również przysługiwały dni wolne czy urlopy, a często byli traktowani tak samo jak Niemcy - zgodnie z regulaminem armii. Oto jak rozpoczęła się przygoda Joachima Cerafickiego z Wehrmachtem.

W 1942 r. Wehrmacht ponosi już znaczne straty na Froncie Wschodnim. Niemcy żeby zapewnić swoim żołnierzom jak najlepsze warunki żywieniowe, ograniczali przydziały cywilom, szczególnie na terenach okupowanych, a 10 lutego ukazuje się apel namiestnika Okręgu Rzeszy Gdańsk - Prusy Wschodnie Alberta Forstera, który mówił m.in. o tym, że "ani jedna kropla niemieckiej krwi nie może być stracona". Od tego momentu rozpoczęła się akcja "zniemczania" Polaków żyjących na terenie województwa pomorskiego. Byli oni podzieleni na trzy grupy narodowościowe: 
  1. Reichsdeutsche - obywatele Rzeszy 
  2. Volksdeutsche - osoby bez obywatelstwa Rzeszy, ale pochodzenia niemieckiego, którzy zadeklarowali chęć współpracy z niemieckimi władzami 
  3. Polacy i osoby innej narodowości
Jasnoniebieska legitymacja przyznawana osobom zapisanym do I i II grupy volkslisty, III grupa miała czerwone, a IV - zielone
Źródło: http://wielkiekatowice.blogspot.com/2013/05/volkslista-fakty-i-mity.html
Po apelu Alberta Forstera, Polacy urodzeni na terenie byłego zaboru pruskiego, a także ich dzieci, chcąc nie chcąc, byli zmuszeni do podpisywania volkslisty i w ten sposób powstała trzecia grupa narodowościowa zaliczana do tej niemieckiej. Osoba wpisana na tę listę mogła starać się o obywatelstwo III Rzeszy po 10 latach. Oczywiście z listy tej wyłączono złodziei, przestępców i inny "margines społeczny", ale także ludzi starszych czy nie mających potomstwa. Co więcej, mimo podpisania volkslisty nie przysługiwał zwrot wcześniej "skonfiskowanego" majątku. 
Trzecia kategoria musiała dostosować się do wszelakich nakazów administracyjnych i prawnych płynących bezpośrednio z Rzeszy, ale żadne przywileje im nie przysługiwały, choć mieli takie same przydziały żywnościowe jak Niemcy "wyższej kategorii". Ci natomiast takich Polaków traktowali z pogardą nazywając ich Wasserpolacken - rozwodnieni Polacy
Jest luty 1942 r. Joachim Ceraficki i jego rodzina dostają powiadomienie, że mają wstawić się w hotelu Królewski Dwór w Grudziądzu w celu spotkania się z "ważnymi osobistościami przybyłymi prosto z Gdańska". Na miejscu przy okrągłym stole siedziało pięciu mężczyzn w cywilnych ubraniach, którzy po przepytaniu jego ojca, matki i siostry pytają czy wstąpiłby do armii niemieckiej. "Gdybym musiał, to tak" - odpowiedział Joachim. Wtedy jeszcze nie widział, że będzie musiał. 
20 lutego rodzina staje przed kolejną komisją, a początkiem kwietnia - jeszcze jedną, tym razem do spraw rasy, która jednogłośnie orzekła, że Ceraficcy są typowymi przedstawicielami rasy germańskiej, a uwaga Joachima o to, że wykładający w jego szkole profesor etnologii określił go jako Macedończyka, została szybko wyjaśniona: "Gdzie leży Macedonia? W Grecji? Grecy to także Germanie". Po jakimś czasie rodzina Cerafickich zostaje zaproszona na uroczystość wręczenia legitymacji potwierdzającymi przynależność do trzeciej grupy narodowościowej.

Hotel Królewski Dwór (po lewej) w Grudziądzu, lato 1940 r.
Źródło: https://fotopolska.eu/Grudziadz/b56346,Krolewski_Dwor.html?f=1039867-foto
W pierwszej połowie kwietnia Joachim dostaje zawiadomienie, że ma obowiązek uczestnictwa 2-3 razy w tygodniu w dwugodzinnych ćwiczeniach, które mają przygotować młodzież do służby w armii. Polscy chłopcy sprzeciwiali się temu argumentując, że przecież obywatelstwa niemieckiego nie mają, więc służba w Wehrmachcie ich nie dotyczy, ale na to Niemcy też mieli już odpowiedź. Okazało się, że zostali oni zaliczeni do III grupy narodowościowej i tak czy tak, odpowiednie roczniki zostaną do wojska powołane. Szkolenie polegało przede wszystkim na przyswojeniu niemieckich komend, a gdy zapytano o ćwiczenia strzeleckie, to dostawano odpowiedź, że "przecież na polskim przysposobieniu obronnym was tego uczono"
4 maja Joachim zostaje poinformowany, że za 3 dni ma stawić się przed wojskową komisją poborową. Tam okazało się, że o ile imię było łatwe do wymówienia, przez jego popularność w Niemczech, tak nazwisko przyniosło Niemcom sporo trudności, ale w końcu po kilku próbach udało się je wymówić, a za błędne Joachim nawet został przeproszony. Najstarszy z chłopców stojący tego dnia przed komisją miał 23 lata, a najmłodszy - 19 lat. 
Po tygodniu Joachim dostaje zawiadomienie, że 20 maja 1942 r. ma stawić się w koszarach przy ul. Chełmińskiej w Grudziądzu w którym obecnie przebywał. Po zameldowaniu i pożegnaniu z rodziną, on i pozostała szóstka zostają powiadomieni, że rano o godzinie 8:00 pojadą do Marburga nad Laną w celu przeszkolenia łącznościowego. Podróż pociągiem trwała całą dobę, a towarzyszący im podoficer wypytywał m.in. o wykształcenie i znajomość języka niemieckiego. Uczył się także poprawnego wymawiania nazwisk Polaków, co przychodziło mu z trudem, ale wydawał się być inteligentny i przychylnie do nich nastawiony. Był bardzo zaskoczony, że chłopaki mówili po niemiecku bez jakiegoś zauważalnego dialektu, ale czy to dziwne po ponad dwóch latach zmuszania do mówienia po niemiecku w pracy i na ulicach, czytania niemieckiej prasy czy oglądania niemieckich filmów?

Koszary im. Bolesława Śmiałego przy ul. Chełmińskiej w Grudziądzu z 1936 r. gdzie widoczni są członkowie Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii 
Źródło: https://grudziadz.fotopolska.eu/1245623,foto.html
Do Marburga dojeżdżają wczesnym popołudniem. Zostają oni rozlokowani w niedużym pomieszczeniu w którym stały 4 dwupiętrowe łóżka wykonane z metalu. Jedno z nich należało do ich opiekuna - Gefreitera Helda. W pokoju obok umieszczono dziewięciu młodych Niemców z Kolonii i innych miejscowości leżących w Nadrenii Północnej. Na godzinę 14:00 wszyscy zostają zaproszeni na bogaty obiad powitalny i kto myślał, że tak będzie codziennie, to bardzo się mylił. Potem podawano przede wszystkim tzw. Eintopf, czyli jednogarnkowe danie podobne do gulaszu, którego można było dostać dokładkę. Na śniadanie i kolację rekruci dostawali pół komiśnego chleba i trochę margaryny, konserwy mięsne lub rybne albo coś, co przypominało wędlinę. To popijano kawą zbożową lub herbatą zaparzoną z suszonych jabłkowych obierków. 
Po kolacji, gdy polscy chłopcy dzielili się w swoim ojczystym języku wrażeniami, do sali wszedł oficer w randze majora, który okazał się być komendantem jednostki szkoleniowej. Zasalutował, przywitał się, przedstawił i oznajmił, że na jutro zaplanowane są badania lekarskie, a w kolejnych dniach przydzieli im się wyposażenie wojskowe. Po poinformowaniu major podchodzi do Joachima i pyta go nagle: "Kim wy jesteście?". Zszokowany nie za bardzo wiedział co ma powiedzieć, ale szybko ogarnęła go wściekłość i informuje go, że pochodzą z Prus Zachodnich, mówią po polsku i niemiecku, którego nauczyli się w szkole albo od rodziców. Wygarnął mu, że od marca 1942 r. ci, którzy pracują, muszą płacić tzw. podatek Polaków oprócz normalnego, a ci którzy nie zdążyli zdać matury, nie mieli prawa dalej się uczyć. Wspomniał też o racjach żywnościowych i dokumentach potwierdzających przynależność do III grupy narodowościowej. O tym, jak Niemcy traktowali Polaków na Pomorzu, nie miał odwagi powiedzieć. Rekcja majora na te słowa była..., a właściwie to jej nie było, więc podziękował im i odszedł.
Do końca maja Joachim i reszta dostają białe drelichowe mundury przeznaczone do ćwiczeń oraz wyjściowe, wykonane z lepszego materiału, sznurowane buty i dwie czapki: polową i wyjściową z daszkiem, a także zielone podkoszulki, slipy i strój sportowy. Wszystkie rzeczy były używane, ale niezniszczone i czyste.  
Szkolenie z teorii i czasami z praktyki odbywało się w dużej sali wyposażonej w urządzenia potrzebne do kształcenia łącznościowców. Nauka obejmowała alfabet Morse'a, odbieranie sygnałów i ich nadawanie oraz zapisywanie ich alfabetem łacińskim. Pokazywano także, w jakich miejscach nie należy instalować się z aparatami telegraficznymi, jak je obsługiwać, jak kłaść kable telegraficzne oraz naprawiać je w razie potrzeby. Zajęciom tym towarzyszyła oczywiście poranna musztra na dziedzińcu koszar. 
Joachim i jego kolega dochodzą do wniosku, że najlepiej byłoby zostać telefonistami, bo jak znajdą się na froncie, to nie będą brali udziału w bezpośrednich walkach, a łączność instaluje się przede wszystkim w bunkrach. Żeby zwiększyć swoje szanse na tę posadę, to w czasie zajęć z nadawania i odbierania sygnałów, specjalnie się do nich nie przykładali, ale podczas ćwiczeń w terenie dotyczących zakładania linii telefonicznej robili to jak najszybciej i jak najdokładniej - zgodnie z wytycznymi instruktora. 
Między sobą, ale czasami również w obecności niemieckich kolegów, Joachim i jego polscy współtowarzysze rozmawiali po polsku. Zapytani przez Gefreitra Helda dlaczego tak się zachowują, odpowiadali, że zawsze tak rozmawiali i głupio teraz do kolegi mówić po niemiecku. Nie była to żadna demonstracja i brak podporządkowania, a z resztą listy też pisali po polsku i o dziwo nikt im nie kazał po niemiecku. 
Gdy Joachim po raz pierwszy wyszedł na ulice Margburga w niemieckim mundurze, to wydawało mu się, że pozdrawiani przez niego wyżsi rangą żołnierze patrząc na niego z pogardą lub politowaniem. Prawdopodobnie rozpoznawali go jako rekruta po sposobie salutowania mimo że musztra była bardzo ważną częścią szkolenia. Pewnego razu przed koszarami Ceraficki zauważa oficera i salutuje mu po polsku - dwoma palcami - a nie całą ręką jak w armii niemieckiej. Pułkownik odwzajemnił honory z uśmiechem, a całe zajście obserwował stojący obok podoficer. Joachim był pewny, że zaraz dostanie opieprz, a ten, ku zaskoczeniu, zaczął komplementować jego wygląd, mówiąc, że w mundurze wyjściowym wygląda lepiej niż w cywilnym.
W sierpniu 1942 r. Joachim zdaje sobie sprawę, że mimo służby w Wehrmachcie, nadal nie jest obywatelem Rzeszy. Może nim zostać dopiero po dziesięciu latach, a i to nie było pewne. Co stanie się jeśli zginie na froncie? Czy jego rodzina będzie mogła korzystać z uprawnień obywatela Niemiec? Aby rozwiać wątpliwości zwraca się do Gefreitra Helda, aby ten wyżej wymienioną sprawę przedstawił dowódcy. Następnego dnia Held informuje go, że po rozmowie z majorem ten wściekł się tak bardzo, że uznał Cerafickiego za rozrabiacza i postawi go przed sądem wojskowym, który skaże go na karę śmierci za odmowę służby w Wehrmachcie. Wydaje się, że nie było potrzeby się narażać, bo Niemcy i tak dadzą takie uprawnienia, jakie zechcą. 
W końcu po trzech miesiącach szkolenia zapowiedziano uroczyste składanie przysięgi, a pod koniec sierpnia rozpoczęto przydział do jednostek marszowych. Joachim jak na razie nie dostał swojego i dnie spędzał szwendając się z kolegą po Margburgu, czasami w towarzystwie dziewczyn. W końcu w ostatnią niedzielę sierpnia Gefreiter Held informuje go, że zostaje skierowany do nowo powstałego batalionu marszowego w Hanau koło Frankfurtu nad Menem. Dodał, że przez instruktorów szkolenia Joachim był oceniany jako bardzo pojętny i sprawny, ale propozycja wysłania go do szkoły podchorążych w Giessen została odrzucona. Na drugi dzień Ceraficki otrzymuje rozkazy wyjazdu, który każe mu się wstawić w 560. Bewährungsbataillon. Odział ten był dość specyficzny. Powstał w 1941 r. z przeznaczeniem dla żołnierzy, którzy zostali skazani przez sądy wojskowe. Jego cechą charakterystyczną były wysokie straty w boju, bo wysyłano jego członków na szczególnie niebezpieczne odcinki frontu. Bataliony z "500" w nazwie przebywały praktycznie bez przerwy na froncie, a jeśli nawet je wycofywano, to pełniły zadania policyjne. W czasie wojny służyło w nich ponad 30 000 żołnierzy. Wbrew potocznym opiniom, nie byli oni taktowani gorzej w porównaniu do innych jednostek karnych. Żołnierze zachowywali wszystkie prawa wynikające z regulaminów wojskowych, włączając w to prawo do urlopu, ale w "pięćsetkach" oprócz hierarchii służbowej istniał podział wynikający z nadzoru nad byłymi skazanymi, co było zrozumiałe. Do uprzywilejowanej grupy należeli oddelegowani do tej specjalnej służby podoficerowie i oficerowie (Stammpersonal) do których należał Joachim Ceraficki. Żołnierze znajdujący się pod nadzorem nazywani byli B-Männer, ale w większości zapisków i wspomnień podkreśla się fakt braku wyraźnych konfliktów między obiema grupami, a podoficerów i szeregowych łączyło często specyficzne frontowe koleżeństwo zwane Kameradenschaft, tak samo jak w innych oddziałach liniowych. 
Po dotarciu do koszar w Hanau Joachima i jego kolegę, który również dostał tu przydział, wita podoficer Kwapisch. Kazał im zająć pokój z telefonem do łączności i nakazał obsługiwać go przez całą dobę. Od podoficera dowiadują się kim są wspomniani wcześniej B-Männer, którzy w mundurach bez naramienników nie są w najlepszym stanie. Okazuje się, że za dobrą służbę i wykazanie się w boju jest możliwość powrócenia do normalnej jednostki włącznie z przywróceniem stopnia. Uprzedzając pytanie o zadania jakie Joachim z kolegą miałby wykonywać zostają poinformowani, że będą należeć do Stammannschaft, czyli A-Männer, czyli do kadry podstawowej. Tak naprawdę pomiędzy żołnierzami B-Männer i A-Männer różnicy żadnej nie było, warunki pobytu, wyposażania, przydziału jedzenia oraz ćwiczenia i zadania frontowe były takie same.

Dworzec w Hanau 30 maja 1942 r. podczas deportacji miejscowych Żydów
Źródło: https://www.yadvashem.org/holocaust/this-month/may/1942-3.html
Pierwszy tydzień w koszarach w Hanau był w miarę spokojny i ograniczał się do porannego i wieczornego apelu na dziedzińcu. W końcu we wrześniu coś się zaczęło dziać. Padł rozkaz zapakowania sprzętu i wyjazdu na poligon w Wildflecken. Po tygodniu ćwiczeń żołnierze zostali poinformowani, że raz na tydzień mogą odwiedzać swoich bliskich. Można było opuścić koszary w piątek po zajęciach, ale koniecznie trzeba było stawić się na porannym poniedziałkowym apelu. Joachim zdawał sobie sprawę, że w 2 dni nie pokona trasy do Grudziądza i z powrotem, dlatego zadzwonił do ojca, żeby umówić się z nim u krewnych w Berlinie. Do stolicy Rzeszy wyrusza w piątek wieczorem osobowym pociągiem, ponieważ nie mógł korzystać z pociągów specjalnych dla żołnierzy powracających z Frontu Wschodniego. Po kilku przesiadkach łapie w końcu pociąg pośpieszny z Lipska. W Berlinie melduje się w sobotę o godzinie 11:00. W mieszkaniu wujostwa spotyka się z rodzicami i opowiada wszystkim o jego pobycie w batalionie. Rodzina była przerażona, że zostanie on wysłany na najgorszy odcinek frontu. Po krótkim zwiedzaniu Berlina trzeba było wracać i na porannym apelu w poniedziałek Joachim stawia się na czas. Kolejny urlop spędza z kolegą we Frankfurcie nad Menem, gdzie obaj zwiedzali miasto z poznanymi tam dziewczynami. Na porannym apelu dowiadują się, że następnym tydzień będzie przeznaczony na ćwiczenia bojowe, a po ich zakończeniu nastąpi powrót do Hanau. Nietrudno było się domyślić, że wiąże się to z wyjazdem na front. Pytanie brzmiało - dokąd. 
Pod koniec października 1942 r. odbyły się ćwiczenia wojskowe całego 560. Bewährungsbataillon. Trwały one 3 dni. Żołnierze spali w przydziałowych 3-osobowych namiotach. W nocy budziły ich alarmy, które nierzadko wymuszały zwijanie namiotów i po zmianie pozycji - stawianie ich od nowa. Czwartego dnia po odczytaniu wyników ćwiczeń, ku zdziwieniu Joachima, zostaje on awansowany do stopnia Oberschütze (Starszy Strzelec). Z oddziału łączności zostały awansowane tylko 4 osoby, co potęgowało zdziwienie Cerafickiego. Trzeba jednak zaznaczyć, że robił on wszystko żeby zasłużyć na takie wyróżnienie. Zawsze sprawnie, szybko i bezpiecznie kładł i zwijał kable łącznościowe, dodatkowo umiejętnie czytał mapy i dobrze orientował się w terenie. Chciał on także pokazać, na co stać pogardzanego Polacken
W listopadzie 1942 r. Joachim z jednostką wraca do koszar w Hanau, gdzie zostaje uzupełniony ich ekwipunek. Wyposażanie stanowiły: 
  • mundur
  • czapka 
  • koszula
  • wełniane skarpetki
  • kalesony
  • buty z cholewą sięgającą poniżej kolana 
  • płaszcz
  • pasek z ciemnej skóry z klamrą wykonaną z groszkowanego metalu na której widniał orzeł ze swastyką i napisem "Gott mit uns
  • płachta namiotowa z kijkami 
  • torebka ceratowa z płachtą przeciwiperytową, zbędna w tej wojnie jak się okazało, którą często po prostu wyrzucano
  • maska gazowa w metalowym pudle 
  • 3 ładownice z groszkowanej skóry w których mieściło się 15 sztuk nabojów 
  • karabin, a właściwie karabinek Kar98k produkcji Mausera kalibru 7,92 mm na naboje 7,92x57 mm 
  • bagnet będący jednocześnie nożem bojowym
  • aluminiowa manierka obłożona filcem
  • kubek 
  • menażka
  • chlebak z żelazną porcją (konserwa mięsna) 
  • hełm pokryty matową farbą w kolorze feldgrau 
  • łopatka w pokrowcu
Podstawowe wyposażenie żołnierza Wehrmachtu
Źródło: http://www.info-pc.home.pl/whatfor/baza/EKWIPUNEK/equip2.jpg
Poza tym wszystkim na wyposażaniu jednostki były płócienne torby zawierające zapasową bieliznę oraz ekwipunek szturmowy, tzw. Sturmgepäck, ale tylko w teorii, bo jak przyszło co do czego, to przeważnie nic z tego nie docierało do żołnierzy liniowych. 
Po kilku dniach spędzonych w koszarach w Hanau 560. Bewährungsbataillon opuszcza je i w wagonach towarowych wyposażonych w żelazne piecyki zwane Kanonenofen wyrusza na front. Żołnierze spali na słomie wyścielonej płachtą namiotową. Jedno było pewnie - jadą na wschód. Wszyscy obawiali się, że zostaną skierowani pod Stalingrad, więc kiedy pociąg zatrzymał się w Płaszowie pod Krakowem, Joachim podszedł do maszynisty i wprost zapytał go dokąd ich wiezie. Polski maszynista odpowiedział tylko, że w kierunku Lwowa. 
Im dalej na wschód, tym było coraz zimniej. We Lwowie Ceraficki dowiaduje się, że ich transport zostaje skierowany do Mikołajowa, czyli na południe Ukrainy. Po przekroczeniu Przesmyku Prekopskiego jasne było, że przyjdzie im walczyć w górach Kaukazu. No cóż, lepsze to niż Stalingrad, ale ucieczka stamtąd byłaby możliwa tylko latem. Pociąg zatrzymał się w Kerczu. Po szybkim wyładowaniu wszystkiego z wagonów, batalion zostaje zakwaterowany w budynku o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu. Tam okazuje się, że kolega Joachima zachorował na tyfus plamisty, więc od tej pory został on sam wśród Niemców. 
Batalion klika dni czeka na przeprawę przez Cieśninę Kerczeńską na Kaukaz. Miało to miejsce początkiem grudnia, kiedy temperatury w ciągu dnia osiągały -20°C. Sam Kercz został wyludniony i zniszczony. 10 grudnia 1942 r. 560. Bewährungsbataillon zostaje załadowany na okręty desantowe i płynie w kierunku Półwyspu Tamańskiego. 

Członkowie oddziału łącznościowego gdzieś na Froncie Wschodnim 
Źródło: http://la6nca.net/bilder/tornfub1/
Batalion zostaje zakwaterowany w chałupach w Tamanie. Joachim wraz z kolegami mieszka w małym domu z ogródkiem i stajnią, który zajmowała kobieta w średnim wieku. Pobyt tam przedłużał się. Joachim w wolnym czasie uczył się języka rosyjskiego, a pomocna w tym okazała się wydana przez Wehrmacht broszurka. Taman zdawał się być wyludniony i zamieszkały tylko przez kobiety, dzieci i starców. W czasie jednej z przechadzek Joachim spotyka starszą panią i dwie kobiety. Po przywitaniu się po rosyjsku zostaje zaproponowana mu herbata. Jedna z młodszych kobiet, zwracając się do swojej mamy jak się okazało, powiedziała jej, że jest on pewnie nadwołżańskim Niemcem. Druga uznała, że wygląda on bardziej na ochotnika z Gruzji. Jakież musiało być ich zdziwienie, gdy Joachim po polsku odpowiedział, że jest Polakiem. 

Łącznościowcy Wehrmachtu w Rosji, lato 1941 r. 
Źródło: https://pl.pinterest.com/pin/456974693439201864/?lp=true
Po kilku dniach pobytu w Tamanie batalion w końcu ma wyruszyć na front. Po przejściu 30 km w pełnym wyposażeniu dociera do stacji kolejowej skąd udaje się w podróż do Krymska. Stamtąd pokonuje 14 km (na piechotę oczywiście) i dochodzi do Albińska. Tam zostaje ulokowany w drewnianych domach, których dachy były pokryte słomą kukurydzianą lub trzciną. 
Następnego dnia żołnierze wyruszają do Ilski. Mieli do przejścia bagatela 36 km częściowo utwardzoną drogą. "Za jakie grzechy maszeruję w takich warunkach w dodatku za Niemcy i Hitlera?"- pytał w myślach Ceraficki. Do Ilska batalion dociera w ciągu jednego dnia. Oddział łączności i sztab zostali zakwaterowani w budynku szkoły. Jako że była Wigilia, żołnierzy zaproszono na kolację, gdzie Joachim tak popił, że trzeba było go wynosić na werandę, skąd nad ranem przeniesiono go do sali, w której spał jego oddział. Jak na Polaka przystało, rano obudził się w dobrym stanie, wypił kawę zbożową, zjadł trochę komiśnego chleba i zgodnie z rozkazem, razem z innym Oberschütze ruszył konnym zaprzęgiem załadowanym aparaturą telefoniczną na linię obronną. 
Po dotarciu na miejsce obaj zajmują pozycję w okopach i ziemiankach po Rumunach, w którym obecnie mieszkało robactwo. Łączność została zainstalowana w ziemiance dowódcy obrony, a obsługiwana była na zmianę przez Joachima i jego współtowarzysza. Okopy znajdowały się 50 m od ich ziemianek, a oprócz tej dowódcy była także jedna dla obsługi łącznicy telefonicznej i druga dla trzech Rumunów obsługujących działo przeciwpancerne 7,5 cm PaK 40. Kolejne dni miały być pierwszym sprawdzianem Joachima Cerafickiego w działaniach bojowych. Ale o tym w następnej części. 

cz. 2 - https://www.dookolarzeszy.pl/2019/07/polak-w-suzbie-iii-rzeszy-cz-2-na.html
cz. 3 - https://www.dookolarzeszy.pl/2019/09/polak-w-suzbie-iii-rzeszy-cz-3-na-tyach.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz