sobota, 2 marca 2019

"Pocisk przeciwpancerny - ognia!" - bitwa pancerna jednego Tygrysa

6 sierpnia 1944 r., okolice Vire-Chenedolle, Francja. PzKpfw VI Tiger o numerze bocznym 134 z 1. Kompanii 102. Batalionu Czołgów Ciężkich II Korpusu Pancernego SS zabezpiecza drogę z Vassy do Vire w okolicach Chenedolle. Po wykonaniu remontu kapitalnego i naprawy uszkodzeń czołg wraca w rejon walk wokół Vire. Załoga jeszcze nie wie co z czym przyjdzie im się niebawem zmierzyć.

"Przygotować się! Czołgi naprzód! Kierunek - najdalej wysunięte stanowisko piechoty!" - rozkazuje dowódca Tygrysa nr 134 - SS-Junker Will Fey. Pojazdy pancerne ze zrywem ruszyły naprzód w celu zajęcia jak najlepszych pozycji bojowych. Straty po obu stronach rosły, ale to wróg miał przewagę w ludziach i sprzęcie. Nagle Fey zauważa brytyjski samochód pancerny. Wylatuje on w powietrze otrzymując bezpośrednie trafienie pociskiem odłamkowym z działa kalibru 88 mm. W tym czasie do załogi dociera rozkaz: "Czołgi, stop! Utrzymać stanowiska!". 
Jak na razie aktywność bojowa oddziału się kończy. Tygrys 134 posunął się najdalej i stał na lewym, otwartym skrzydle. Stanowisko to miało bardzo duże znaczenie i było niebezpieczne, więc załoga musiała cały czas mieć oczy dookoła głowy. Noc miała przynieść serię ataków, a o poranku miał ruszyć zaplanowany wcześniej kontratak. Stanowiska brytyjskiej 11. Dywizji Pancernej były zaledwie 150 m od najbliższego niemieckiego czołgu. Nikt wtedy nie myślał o spaniu. Cała załoga siedziała i czekała na dalszy rozwój wydarzeń. Nocny obraz uzupełniał hałas przejeżdżających pojazdów, gąsienic oraz rozmów przygotowujących się do ataku Amerykanów i Brytyjczyków. Pomiędzy tymi odgłosami można było usłyszeć krzyki i jęki rannych niemieckich grenadierów: "Mamo, pomóż! Zabierz mnie stąd ze sobą! Nie zostawiaj mnie!" - błagał jeden z nich.
Will Fey nie mógł już tego słuchać. Wydaje rozkaz ładowniczemu i wraz z nim przekrada się w mroku nocy, niosąc brezent i zestawy pierwszej pomocy. Po chwili odnajdują rannego żołnierza. Leżał on pośród zabitych współtowarzyszy. Niestety jego rany były zbyt poważne - nie dało mu się już pomóc. Trzeba było zając się innymi, leżącymi wokół ścieżki. Obok Feya i ładowniczego co chwilę przechodzili żołnierze wroga, a ci nawet nie widzieli ich żarzących się papierosów. Jednego udało się uratować. Został on przekazany piechocie, a ci mieli przetransportować go do szpitala polowego. Dowódca i ładowniczy wracają na swoje stanowisko. W powietrze wystrzeliwały co chwilę pociski, hałas pojazdów powodował niepokój, w oddali strzelały karabiny maszynowe. A potem nagle wszystko ucichło. 
Dla załogi Tygrysa 134 nie oznaczało to bynajmniej chwili wytchnienia. W blasku wystrzelonej flary, w czasie wyprawy ratunkowej, radiooperator, Trautmann, zauważa stanowisko armaty przeciwpancernej. Znajdowała się na prawo od Tygrysa, ustawiona pod osłoną ciemności. Załoga szybko ustala plan: spina kilka granatów ręcznych paskiem, zabiera ładunki wybuchowe do wysadzenia czołgu, jakby coś poszło nie tak i w mroku rusza z wolna w kierunku armaty. Okazało się, że kilka grantów i serii z MP 40 wystarczyło do jej uciszenia, a po dalszym rozeznaniu wyszło, że była to bardzo groźna armata kaliber 85 mm. 
W czasie gdy pozostali ładunkami niszczyli zamek armaty, radiooperator mający rozglądać się po okopach strzeleckich, znajduje skrzynkę z prowiantem pełną kanapek, puszek, czekolad i papierosów. Oprócz tego w jego ręce trafia mapnik. Była to nie lada zdobycz, bo oprócz jedzenia, załoga miała wartościowe mapy odcinka na którym przeprowadzała działania bojowe. 
Podsumowanie nocnej akcji: uratowanie ciężko rannego żołnierza, zniszczenie bardzo niebezpiecznej dla Tygrysa armaty przeciwpancernej kalibru 85 mm, zdobycie jedzenia i ważnych map. 

Linia frontu 6 sierpnia 1944 r. z zaznaczoną pozycją Tygrysa nr 134  
Źródło: https://www.themaparchive.com/media/catalog/product/cache/1/image/b9d24ee63e043d9dae72d8cfeefe8ff8/A/x/Ax00537.jpg
7 sierpnia 1944 r. Ten dzień miał przynieść załodze Tygrysa nr 134 potwierdzenie jej najwyższej wartości bojowej.  
Ulokowani na wcześniejszej pozycji nadal czekają na grenadierów pancernych, którzy razem z Tygrysem, a po salwie artyleryjskiej, mieli rozpocząć poranny atak. No ale nikogo nie ma. Mija godzina, dwie i oprócz saperów z Wehrmachtu nikt wokół Tygrysa się nie zjawia. Ci nagle dają sygnały ostrzegawcze dla czołgu. Fey wychyla się przez górny właz i bada sytuacje. Z zalesionego obszaru ukazują się mu amerykańskie Shermany, a dokładnie 15 Shermanów. Między nimi przeciskają się samochody rozpoznawcze, transportery opancerzone z piechotą i kołowe transportery opancerzone piechoty. Wydaje się, że oddalony o 1 200 metrów stok ożywa, ale do tej pory nie pada żaden strzał. Co robić? Jeden Tygrys kontra kilkanaście czołgów i pojazdów pancernych. Wycofywać się nie wolno, to trzeba walczyć. Radiooperator dostaje rozkaz wysłania radiogramu do do wszystkich: "Piętnaście czołgów wroga na lewym skrzydle będzie atakować razem z piechotą. Otworzyć ogień przy odległości 600 metrów". Dowódca kompanii Weiss odpowiada: "Ruszajcie natychmiast!". 

SS-Junker Will Fey - dowódca Tygrysa nr 134
Źródło: http://precision-panzer.moonfruit.com/#/willi-feys-tiger/4574529249
Czołgi wroga stają w szyku bojowym i z wolna toczą się w stronę Tygrysa, tworząc szeroki klin. Teraz odległość wynosi jakieś 800 m. Ładowniczy już przygotował pierwszy pocisk przeciwpancerny, a kierowca otrzymał polecenie, że w momencie rozkazu, ma natychmiast cofnąć czołg o kilka metrów na lewej gąsienicy równocześnie podciągając prawą. W ten sposób Tygrys znajdzie się na korzystnym stanowisku obronnym w ciągu kilku sekund. 
Odległość - 600 m. Kierowca manewruje czołgiem w celu zajęcia lepszej pozycji obronnej, a działonowy ma już pierwszy czołg wroga na celowniku. Był to pojazd nacierający, a więc prawdopodobnie w środku znajdował się dowódca. Fey określa kolejno drugi i trzeci cel. Były to sąsiadujące z nim maszyny po prawej i lewej stronie. Po ich zniszczeniu miała przyjść kolej na najbardziej wysunięte na boki szyku czołgi. Nie można było pozwolić, by zajechały one Tygrysa od skrzydła, bo nawet ten ciężki czołg był narażony na ostrzał z 400 m. 
Will Fey ze spokojem spogląda przez peryskop swojego czołgu i wydaje rozkaz: "Pocisk przeciwpancerny - ognia!". Nie do końca jednak poszło wszystko zgodnie z planem, bo ten jak na złość poszedł gdzieś w przestrzeń, co na chwilę zmroziło załogę. Po szybkim otrząśnięciu i załadowaniu kolejnego naboju z pociskiem ppanc kolejny rozkaz strzału przynosi upragnione trafienie, następny również. "Czołg po lewej! Ognia!" - krzyczy Fey. Ten dostaje dwa razy. W ciągu kilku sekund na stoku płoną 4 Shermany. Po pierwszym szoku, amerykańskie czołgi zatrzymują się i odpowiadają ogniem. Tygrys dostaje uderzenie za uderzeniem - w wieżyczkę, pancerz czołowy i gąsienice. W środku z gwizdem zaczynają latać nakrętki, sworznie i nity. Radiooperator bez przerwy melduje o rozwoju wypadków, jednocześnie "zamiatając" przedpole swoim MG 34. Do załogi  dociera rozkaz do wycofaniu się na niemieckie linie. 
Fey szybko nalicza 6 płonących wraków. Piechota wroga porzuca pojazdy i biega dookoła, szukając schronienia. Armata Tygrysa nie ucichła, kończąc swe dzieło. Teraz już osiem Shermanów było wyłączonych z walki. 
Załoga Tygrysa straciła rachubę czasu. Nie wiedzieli czy minęły minuty czy godziny. Ładowniczy, silny nadwołżański Niemiec, opadł z sił. Stojąc blisko zamka armaty, nawdychał się za dużo gazów prochowych i zemdlał. Chwilowa utrata go oznaczała przerwę w działaniu. Działonowy wyskoczył z włazu i obsadził MG 34 znajdujący się na wieżyczce, w tym samym czasie radiooperator wymieniał już czwartą lufę w swoim karabinie maszynowym. Teraz już wszystkie pozostałe Shermany strzelały w stronę Tygrysa i trzeba było się wycofać poza ich pole rażenia, bo w końcu ktoś trafi w słaby punkt. Fey nakazuje: "Kierowca, do tyłu! Jazda! Stój!". Czołg dostaje tak mocne uderzenie, że aż szarpie nim do tyłu. To był większy kaliber niż 76 mm Shermana, a z włazu zaczyna unosić się dym. Kolejne uderzenie z lewej strony trafia między wizjer kierowcy i radiooperatora, po czym wyrywa karabin maszynowy z jarzma kulistego. Kierowca szybko zajmuje miejsce nieprzytomnego ładowniczego, ale kto zajmie jego? Tygrys jest unieruchomiony, bo lewa gąsienica jest zerwana. W tym czasie załoga dostrzega błysk armaty przeciwpancernej, ukrytej w pobliżu krzaków, daleko po lewej stronie. "Wieżyczka na godzinę dziewiątą!" - rozkazuje dowódca czołgu Fey. Kierowca Albert, tymczasowo zastępujący ładowniczego, ładuje nabój z głowicą burzącą i strzela. Okazuje się, że do zniszczenia tej armaty trzeba było zużyć aż trzech pocisków, ale w końcu udaje się to zrobić.
Bitwa jednak trwa nadal. Żołnierze nie czuli ani zmęczenia, ani głodu. Wymagała ona ogromnej koncentracji. Pot spływał po całym ciele, a oczy były zaczerwienione od dymu. Załoga ledwo łapała powietrze w ciężkich oparach saletry potasowej prochu. Za każdym strzałem z armaty czołgu wydostawał się szaroniebieski kłąb dymu. Tego wentylatory Tygrysa nie wytrzymały. Na przeciw niego nadal stało kilka Shermanów, a walka z nimi wcale nie była prosta. Gdy niemiecki czołg brał na cel armaty przeciwpancerne, to strzelały do nich czołgi wroga i odwrotnie. Teraz trzeba było walczyć z dwoma wrogami naraz, ale mimo to, płonęło już 12 wraków. 
Gdy dowódca kompanii dowiaduje się przez radio o unieruchomionym Tygrysie, każe natychmiast go wysadzić i wycofać się załodze. To było dla nich nie do przyjęcia. Udano więc, że rozkazu nie było słychać i bez potwierdzenia jego odbioru, ładują kolejny pocisk do armaty, kontynuując obronę. Coraz więcej amerykańskich pocisków trafia w wieżyczkę, przód i gąsienice Tygrysa, ale temu udaje się zniszczyć kolejne dwa Shermany. 
W tym samym czasie zawodzą oba MG 34 i kończą się pociski przeciwpancerne. Na przedpolu 14 Shermanów płonie zniszczonych przed jeden czołg w ciągu 30 minut. Ale walka bynajmniej się nie skończyła, a jak policzył wcześniej Fey - było ich 15. Gdzie ten ostatni, skoro go nie widać? Rozciągający się przed niemieckim czołgiem wąwóz wydawał się, że trzeba mu poświęcić nieco uwagi. Tygrys ostrzeliwał go co chwilę pociskami burzącymi. Porzucone opancerzone pojazdy piechoty stały w płomieniach. Od czasu do czasu wybuchały palące się czołgi, przykryte gęstym czarnym dymem, który pokrywał coraz większy obszar pola walki, jednocześnie ratując żołnierzy nieprzyjaciela przed otaczającym ich piekłem. 

Model PzKpfw VI Tiger o numerze bocznym 134 podczas walk w Normandii 
Źródło: http://precision-panzer.moonfruit.com/#/willi-feys-tiger/4574529249
W czasie krótkiej przerwy w walce załoga Tygrysa nr 134 postanowiła uzupełnić zaopatrzenie. Jeden z nich ześliznął się z pancerza i na przemian biegnąć i czołgając się, wydostał się z pola widzenia wroga. Zaczął się ogień nękający. Nieprzyjaciel skoncentrował ostrzał na samotnym Tygrysie, gdy ogarnął, że to przez niego utknęło natarcie. Skrajnie wyczerpany żołnierz dotarł do innego Tygrysa z 1. Kompanii i waląc w klapy włazów, próbował zwrócić na siebie uwagę. Wreszcie jedna z ich się uniosła i mógł on poprosić o kilka pocisków ppanc, ale bez powodzenia. Bez żadnego wyjaśnienia, dlaczego Tygrys 134 nie dostanie żadnej pomocy, klapa zatrzasnęła się, więc dalsze prośby okazały się bezcelowe. W końcu udało się dostać upragnione pociski w liczbie...jeden. Z nim pod pachą żołnierz doczołguje się z powrotem do Tygrysa Feya. 
Ogień artyleryjski stawał się coraz intensywniejszy. Niemcy, pechowo dla nich, tkwili na środku łąki, kompletnie nieosłonięci, więc raz na razem dostawali kolejne trafienia. Przed radio dowiedzieli się, że pod osłoną nocy, pluton Schwaba w składzie trzech Tygrysów ma ich wyciągnąć z pola walki. Ale do nocy zostało jeszcze mnóstwo czasu, a jakby tego było mało, to do walki włączyły się myśliwce bombardujące, urządzając sobie kosztem Tygrysa trening celowniczo-strzelecki. Nagle Fey wpada na pomysł umieszczenia przed i za czołgiem świec dymnych. Mieli ich wystarczająco dużo, żeby przez jakiś czas nikt nie zwracał na nich uwagi. W tym czasie załoga usłyszała chrzęst gąsienic, ale nie od ich strony, a od wrogiej. Wieżyczka Tygrysa powoli obraca się w tamtą stronę. Lufę wycelowano możliwie płasko w kępę krzaków, skąd dobiegał odgłos, a pocisk ppanc już w niej czekał. Załoga siedziała nerwowo, bo nie wiedziała z czym i w jakiej liczbie przyjdzie im się zmierzyć, a cel był tylko 100 metrów od nich. Kierowca i radiooperator mieli otwarte włazy i byli gotowi w każdej chwili do ucieczki. Ładowniczy Paul, który już odzyskał przytomność, trzymał w ramionach ostatni odbezpieczony pocisk przeciwpancerny. Jeśli oba będą niecelne, trzeba będzie uciekać. Dźwięk gąsienic wyraźnie się zbliżał, a sekundy oczekiwania zmieniły się w wieczność.
Nagle na wprost od Tygrysa wyłoniła się długa, smukła lufa bez hamulca wylotowego. Nie było wątpliwości, że to Sherman. Zaraz za nią pokazał się obły kształt kadłuba i zaokrąglona wieżyczka. "Ognia!" - krzyczy Fey. Pierwszy pocisk jak na złość ześlizguje się z pancerza i stromo szybuje w powietrze. "Celuj niżej! Ognia!" - ponawia rozkaz dowódca. Tym razem strzał okazał się bezbłędny. Drugi pocisk uderza poniżej lufy, dokładnie w podstawę wieżyczki. Sherman zatrzymuje się jakby go trafiła stalowa pięść. Wysoki słup ognia i dymu wystrzeliwuje w górę. To był ten 15 czołg. 
Zapada cisza. Tygrys nr 134 czeka z niecierpliwością na pomoc. Załoga odetchnęła z ulgą, gdy przed nimi ścianę ognia stworzyły niemieckie rakiety. Po ostatniej salwie pojawiły się obiecane trzy Tygrysy Schwaba i odholowały 134 z pola bitwy. Toczył się on w ciemności, ciągnąc za sobą gąsienicę. 
Po krótkim postoju i gratulacjach od dowódcy, następnego dnia czołg dociera w okolice Vassy. Po oględzinach okazuje się, że miał w pancerzu dziury wielkości głowy. Koło napędowe wraz z całym mechanizmem kierowniczym było odstrzelone. W kadłubie nadal tkwił pocisk, którego usunięcie zajęło kompanii remontowej kilka dni pracy. 
7 sierpnia 1944 r. unieruchomiony, nieosłonięty i pozbawiony wsparcia Tygrys nr 134 niszczy 15 Shermanów i niezliczoną ilość pojazdów opancerzonych piechoty, narażając się na nieprzyjacielski ogień czołgów, armat przeciwpancernych i myśliwców bombardujących. Bardzo dobre wyszkolenie załogi i wartość bojowa PzKpfw VI Tiger przekształciły beznadziejną sytuację w wygraną bitwę, potwierdzając fakt, że niektóre oddziały Waffen-SS można nazwać prawdziwą elitą. Jednak mimo pełnych poświęcenia walk, nie można już było zatrzymać Aliantów. 

Dowódcy czołgów z 502. Batalionu Czołgów Ciężkich SS sformowanego pod koniec 1944 r. po prawie całkowitym zniszczeniu 102. Batalionu Czołgów Ciężkich SS. Od lewej: Will Fey, Paul Egger i Arthur Glagow. Za nimi stoi PzKpfw VI Tiger
Źródło: https://pl.pinterest.com/pin/425308758556816340/?lp=true

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz